Wyrosłam w Polsce, w czasie PRL-u na osiedlu, gdzie był spokój, na którym mieszkali życzliwi sobie nawzajem ludzie. To było prawdziwie szczęśliwe dzieciństwo. Ludzie byli tam Bogobojni i żyli ze sobą w wielkiej przyjaźni. Nawet przedszkole nie było potrzebne, ponieważ jedni drugim dzieci pilnowali. Jak zaszła taka potrzeba, to je karcili i nikt do nikogo nie miał o to pretensji, wprost przeciwnie. My, dzieci czuliśmy się bezpieczni w środowisku, w którym wyrastaliśmy i mieliśmy pełne zaufanie do dorosłych. Nikt nie zamykał drzwi na klucz, zabawki, rowery, pranie mogły zostać na noc na dworze i nikt tego nie ruszył.
Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że aby tak było, zależy od ludzi w danym miejscu mieszkających. Nie ma znaczenia jakie to są czasy, jaki kraj, jaki ustrój w nim panujący, znaczenie mają sami ludzie. To oni nadają kierunek swojemu życiu.
Takie oazy są nadal możliwe w każdym kraju tylko do czasu, aż znajdą się ludzie - nieludzie, którzy to burzą.
Jednak wszystko ulega zmianie na gorsze dopiero wtedy, gdy ludzie pozwalają nieludziom odbierać im ich decyzyjność o sobie. Proces pozbawiania ludzi ich decyzyjności o sobie samych często jest tak podstępny, że jest przez nich niezauważalny. To z czasem staje się dla ludzi prawdziwym nieszczęściem, jest ich przekleństwem i to tym boleśniejszym im bardziej podstępnymi drogami proces ten prowadzony jest do skutku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz