Na Pana Boga i zastępy Jego Aniołów zawsze można liczyć. On odpowiada na prośby zanoszone do Niego z wiarą, że je spełni. Dobrze jest pamiętać, że tak naprawdę nigdy nie jesteśmy sami.
Zdarzyło mi się przysnąć w samochodzie, gdy zaparkowałam na jakiejś stacji benzynowej przy autostradzie biegnącej połódniem Polski aby przetrzeć zmęczone długą podróżą oczy i rozprostować nogi. W czasie tej drzemki poczułam jakby kopnięcie w jedno z tylnych kół. Nie miałam jednak siły otworzyć oczu.
Nagle ktoś gwałtownie zastukał w szybę samochodu i brutalnie wyrwał mnie ze snu. Zaspanymi, zmęczonymi oczami zobaczyłam za nią niewysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę w śmiesznej czapeczce na głowie. Leciutko uchyliłam szybkę aby usłyszeć co do mnie mówi.
- Pani tu nie może parkować, a tym bardziej spać w samochodzie. Trochę dalej jest parking strzeżony, o tam! - wskazał wyciągniętą ręką kierunek.
- Ok! - odpowiedziałam i z miejsca nacinęłam na gaz. Nagle światełko ostrzegawcze przy liczniku zaczyna migać. Było to ostrzeżenie, że coś jest nie tak z tylnym kołem. Zamiast więc wyruszyć na powrót w trasę, skręciłam pod stanowisko, gdzie mierzy się ciśnienie w kołach. Jakże niemile byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam przebitą nożem oponę. Przypomniało mnie się dziwne wrażenie jakie odniosłam podczas drzemki. Tak, to był sabotaż, zwyczajny zamach na moją osobę.
Należę do osób, które nigdy nie wpadają w panikę w krytycznych sytuacjach. Tak było i tym razem. Zadzwoniłam po policję, poinformowałam moje bióro ubezpieczeniowe, które obiecało wysłać do mnie pomoc drogową w ciągu pół godziny. Całe zdarzenie miało miejsce nad ranem. Pół godziny przerodziło się w dwie godziny, niestety. Poinformowałam o tym dyżurnego w biurze ubezpieczeniowym. Interweniował, oddzwonił do mnie, przepraszał.
W końcu dojechał policjant w cywilkach, a zaraz za nim pomoc drogowa z przyczepą holowniczą, na którą wciągnięto mój samochód. Ja, po rozmowie z policjantem zapakowałam siebie w szoferce samochodu pomocy drogowej. Ruszyliśmy do najbliższego warsztatu, policjant w cywilkach i w cywilnym samochodzie jechał tuż za nami. Dopiero w tym momencie przyjrzałam się kierowcy pomocy drogowej. Był to niewysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w śmiesznej czapeczce na głowie. Jego głos też wydał mnie się znajomy. Poczułam spływającą po moim kręgosłupie kropelkę potu. To była jedyna oznaka emocji jakie mnie dopadły w tej samej chwili i wiadoma jedynie dla mnie.
Zachowując zimną krew grałam przymusową rolę w niedwuznacznej już teraz dla mnie sytuacji, jakbym nigdy w życiu nic innego nie robiła, jakbym była mistrzynią aktorstwa. Nie było szansy abym mogła zdradzić najmniejszym nawet gestem, że wiem, to, co siedzący za kierownicą tuż obok mnie mężczyzna ma nadzieję, że nie wiem, że rozpoznaję w nim zamachowca na mnie.
On po prostu nie spodziewał się, że sprawy potoczą się nie po jego myśli, że na wpół przebudzona zamiast na trasę, gdzie z pewnością doszłoby do wypadku, ja postąpię tak, jak postąpiłam.
Policjant w celu spisania moich zeznań jechał za nami. Zrozumiałam w tym momencie, że był on jakby moim Aniołem Stróżem, gwarancją mojego bezpieczeństwa. Nagle spostrzegłam też, że w duchu ciągle się modlę, rozmawiam z Bogiem Ojcem i powierzam siebie Jego opiece i dotarło do mnie, że robiłam to nieustannie w ciągu trwania całej tej niemiłej dla mnie przygody, a i po jej zakończeniu naprzykszałam się Panu Bogu moją wdzięcznością. Tak, nigdy nie jesteśmy sami. Jestem tego pewna.
Zdarzyło mi się przysnąć w samochodzie, gdy zaparkowałam na jakiejś stacji benzynowej przy autostradzie biegnącej połódniem Polski aby przetrzeć zmęczone długą podróżą oczy i rozprostować nogi. W czasie tej drzemki poczułam jakby kopnięcie w jedno z tylnych kół. Nie miałam jednak siły otworzyć oczu.
Nagle ktoś gwałtownie zastukał w szybę samochodu i brutalnie wyrwał mnie ze snu. Zaspanymi, zmęczonymi oczami zobaczyłam za nią niewysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę w śmiesznej czapeczce na głowie. Leciutko uchyliłam szybkę aby usłyszeć co do mnie mówi.
- Pani tu nie może parkować, a tym bardziej spać w samochodzie. Trochę dalej jest parking strzeżony, o tam! - wskazał wyciągniętą ręką kierunek.
- Ok! - odpowiedziałam i z miejsca nacinęłam na gaz. Nagle światełko ostrzegawcze przy liczniku zaczyna migać. Było to ostrzeżenie, że coś jest nie tak z tylnym kołem. Zamiast więc wyruszyć na powrót w trasę, skręciłam pod stanowisko, gdzie mierzy się ciśnienie w kołach. Jakże niemile byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam przebitą nożem oponę. Przypomniało mnie się dziwne wrażenie jakie odniosłam podczas drzemki. Tak, to był sabotaż, zwyczajny zamach na moją osobę.
Należę do osób, które nigdy nie wpadają w panikę w krytycznych sytuacjach. Tak było i tym razem. Zadzwoniłam po policję, poinformowałam moje bióro ubezpieczeniowe, które obiecało wysłać do mnie pomoc drogową w ciągu pół godziny. Całe zdarzenie miało miejsce nad ranem. Pół godziny przerodziło się w dwie godziny, niestety. Poinformowałam o tym dyżurnego w biurze ubezpieczeniowym. Interweniował, oddzwonił do mnie, przepraszał.
W końcu dojechał policjant w cywilkach, a zaraz za nim pomoc drogowa z przyczepą holowniczą, na którą wciągnięto mój samochód. Ja, po rozmowie z policjantem zapakowałam siebie w szoferce samochodu pomocy drogowej. Ruszyliśmy do najbliższego warsztatu, policjant w cywilkach i w cywilnym samochodzie jechał tuż za nami. Dopiero w tym momencie przyjrzałam się kierowcy pomocy drogowej. Był to niewysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w śmiesznej czapeczce na głowie. Jego głos też wydał mnie się znajomy. Poczułam spływającą po moim kręgosłupie kropelkę potu. To była jedyna oznaka emocji jakie mnie dopadły w tej samej chwili i wiadoma jedynie dla mnie.
Zachowując zimną krew grałam przymusową rolę w niedwuznacznej już teraz dla mnie sytuacji, jakbym nigdy w życiu nic innego nie robiła, jakbym była mistrzynią aktorstwa. Nie było szansy abym mogła zdradzić najmniejszym nawet gestem, że wiem, to, co siedzący za kierownicą tuż obok mnie mężczyzna ma nadzieję, że nie wiem, że rozpoznaję w nim zamachowca na mnie.
On po prostu nie spodziewał się, że sprawy potoczą się nie po jego myśli, że na wpół przebudzona zamiast na trasę, gdzie z pewnością doszłoby do wypadku, ja postąpię tak, jak postąpiłam.
Policjant w celu spisania moich zeznań jechał za nami. Zrozumiałam w tym momencie, że był on jakby moim Aniołem Stróżem, gwarancją mojego bezpieczeństwa. Nagle spostrzegłam też, że w duchu ciągle się modlę, rozmawiam z Bogiem Ojcem i powierzam siebie Jego opiece i dotarło do mnie, że robiłam to nieustannie w ciągu trwania całej tej niemiłej dla mnie przygody, a i po jej zakończeniu naprzykszałam się Panu Bogu moją wdzięcznością. Tak, nigdy nie jesteśmy sami. Jestem tego pewna.