środa, 1 września 2021

Do Abp Grzegorza Rysia

Po co się zatem starać wobec takiej relatywizacji? Skoro to wszystko jedno jak żyję? To po co się starać, no po co, gdy Abp zdaniem, jest to wszystko jedno czy jest się Judaszem czy nie?

5 komentarzy:

  1. Przeniesiona odpowiedź abp Grzegorza Ryś na ten mój komentarz zamieszczony pod filmikiem zapodanym przez abp Grzegorz Ryś official, zatytułowanym: "abp Grzegorz Ryś. Zdrajca rozwodnik, nierządnica, pijak, narkoman, złodziej, morderca to jeden z nas"

    O co chcesz się starać? Zbawienie jest darmowym darem Boga dla ciebie. On ciebie kocha bezinteresownie. On czeka na ciebie w Słowie, w Eucharystii, adoracji, w potrzebującym drugim człowieku. Miłość powinna być twoją odpowiedzią na Jego miłości, ofiarowane ci zbawienie, przebaczenie grzechów. Żywa wiara znajduje wyraz w czynieniu dobra, w otwarciu na działanie Ducha Świętego, którego działanie w nas uzdalnia nas do np. modlitwy za naszych krzywdzicieli, wybaczenia im, bezinteresownego miłosierdzia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @abp Grzegorz Ryś official
      Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

      Dziękuję Abp za odpowiedź, której, szczerze mówiąc, nie spodziewałam się otrzymać. Tym bardziej Bóg zapłać!

      O co się starać?
      Na przykład o to aby żyć w czystości, w miłości Boga i bliźniego co nie wydaje mnie się być oczywistą oczywistością, ale jednak wymaga trochę dobrowolnego wysiłku i wyrzeczeń z ludzkiej strony, czyż nie? Czy może mamy żyć jak chcemy, jak tylko nam się podoba, np. wg. : "Hulaj duszo, piekła nie ma!", bo Panu Bogu jest wszystko jedno jacy jesteśmy, bo On i tak nas kocha. A jeżeli tak, no to kradnijmy, zabijajmy obgadujmy, oszukujmy, cudzołóżmy, dogadzajmy sobie we wszystkim, czerpmy z życia ile tylko wlezie i nieważne czyim kosztem, bo wg. nowych nauk Kościoła, takie mam wrażenie niestety, Pan Bóg nie zważa na nasze grzechy, a przecież gołym okiem jest widoczne dla ludzi wierzących, że ludziom nie zważającym na Jego przykazania łatwiej jest żyć, bo sumienie za nic ich nie oskarża, bo ich brak starania w przestrzeganiu Bożych przykazań wychodzi im na dobre, pomimo to i na dodatek, pomimo wszystko, będą się cieszyć życiem wiecznym w niebie. A skoro tak jest, to po co jest nam potrzebny Kościół i Ewangelia, pytam się, no po co? Po co Bóg wcielał się w człowieka, w Pana Jezusa? Po co Pan Jezus nauczał nas tego czego nauczał i po co cierpiał i umarł za nas?
      Cytuję Abp: " Zbawienie jest darmowym darem Boga dla ciebie. On ciebie kocha bezinteresownie."
      Tak i ja rozumiem zbawienie, jednak rozumiem również, że mam nie wystawiać Pana Boga na próbę, a więc pomimo darmowego daru Boga dla mnie, pomimo Jego Łaski, trochę starania z mojej strony jest nie tylko na miejscu, uważam, ale i konieczne. Jezus wybaczając grzesznikom mówił, cytuję z pamięci: "Idź i więcej nie grzesz.", a nie "Idź i żyj jak chcesz.". Mówił też, że nie każdy kto mówi Mu: "Panie, Panie!" wejdzie do Królestwa Jego.
      Wiem, że Bóg kocha mnie bezinteresownie i że ja powinnam odwzajemniać tę Jego miłość właśnie w taki sposób, jednak, czy wyrafinowanie współczesnych ludzi ma z bezinteresownością Boga jakikolwiek związek? Nie, nie ma! To dlaczego odnoszę wrażenie, że wiara przemienia się właśnie w wyrafinowanie?
      Dla mnie wystawianie Pana Boga na próbę jest niczym innym jak wyrafinowaniem i nie ma nic wspólnego z wiarą. Uważam, że życie wg. założenia, że Pan Bóg i tak mnie kocha, dlatego nie ważne jest jak żyję, co robię bo On i tak mi wybaczy, równa się z lekceważeniem Ojca, który jest w niebie, równa się z pluciem Bogu w twarz.
      Mój Tatko też mnie kochał bezinteresownie, kochał mnie jak ojciec kocha swoje dziecko, właśnie dlatego, chcąc mojego dobra, nie tylko uczył mnie jak żyć, nie tylko spełniał moje pragnienia, ale i był przy tym bardzo wymagającym ojcem czym uwiarygadniał swoją miłość do mnie. Ja właśnie tak to odbierałam i rozumiałam, i dzięki temu miałam pewność, że mojemu Tatce zależy na mnie skoro aż tak dba o mnie. Dzięki temu czułam się bardzo przez niego kochana.
      Dzisiaj jestem mu dozgonnie wdzięczna za tę jego troskę o mnie, bowiem postępując w ten sposób ze mną uzdolnił mnie do bycia w pełni człowiekiem nie tylko rozumnym ale i kochającym Boga i bliźnich.
      Dzięki trosce mojego Tatki o mnie, dzięki temu, że nie tylko mnie kochał miłością bezinteresowną, ale i stawiał wobec mnie wymagania, nie mam problemu z wiarą w istnienie Boga Ojca, w traktowaniu Go jak realną osobę, w dodatku kochającą mnie, ponieważ swoimi przykazaniami Bóg daje mi gwarancję, że martwi się o mnie i że zależy Mu na mnie, na moim powodzeniu tu i teraz, jak i w przyszłym życiu.
      Dzięki temu nie mylę miłości z relatywizacją, a tolerancji z usprawiedliwianiem zła.
      Raz jeszcze jeden dziękuję Abp za czas mi dany i liczę na to, że i tym razem otrzymam odpowiedzi na zadane przeze mnie nurtujące mnie pytania o relatywizacji dobra ze złem w kontekście wiary.

      Usuń

  2. Przeniesiona odpowiedź abp Grzegorz Ryś official na mój komentarz:

    Syn Boży przyjął ludzką naturę z miłości do każdego z nas. On jest Bogiem bliskim, który szuka relacji, spotkania z każdym człowiekiem. On zbawia nas od konsekwencji zła, grzechu. (Zło, grzech NIE wychodzi komukolwiek na dobre).
    Nic poza Bogiem, relacją z Nim nie jest w stanie wypełnić człowieka, dać mu trwały stan radości i szczęścia.
    Jeśli zaś uważasz, że "brak starania w przestrzeganiu Bożych przykazań wychodzi im (ludziom) na dobre," to Bóg nie ma, z czego nas zbawiać, ratować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @abp Grzegorz Ryś official

      Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

      Tak, to prawda, Syn Boży tak nas umiłował, że sam stał się człowiekiem, przez co stał się nam bliski. Wiem, że Jezus Chrystus szuka relacji z nami, dlatego rozumiem, że już sama nasza pozytywna odpowiedź na Jego szukanie jest staraniem się z naszej strony. Przecież do zaistnienia relacji potrzeba przynajmniej dwóch. Gdy tego starania zabraknie z naszej strony, to Pan Jezus nic nie może, ponieważ miłość nie kieruje się przymusem, a Jezus Chrystus Jest Miłością.
      Po mimo ogromnej miłości do rodzaju ludzkiego, po mimo to, że ponosząc śmierć na krzyżu, wybawił On nas z grzechu pierworodnego, w niczym nam to nie pomoże, gdy nie przyjmiemy tej Jego ofiary i nie będziemy, zgodnie z Jego wolą, naśladować Go, a więc starać się zmierzać do świętości. Być świętymi, jak Jezus Chrystus był święty, a to znaczy, że mamy starać się unikać grzechu i walczyć z pokusami.
      Tylko wtedy przyjmujemy Jezusa zaproszenie do nawiązania relacji z Nim, gdy odwzajemniamy Jego starania o relację z nami. A to jednak wymaga wysiłku z naszej strony, to w niczym nie przypomina relatywizacji i wyrafinowania. Miłość daleko odbiega od tych dwóch. Miłość zawsze jest czysta i szczera, nie usprawiedliwia złego, ale je piętnuje i zwycięża dokładnie tak, jak nasz Zbawiciel to robił.

      Konsekwencjami grzechu pierworodnego są niedoskonałość, choroby, starzenie się i śmierć. Pan Jezus nie wybawił nas od nich, ale zmył z nas sam grzech pierworodny, dzięki czemu odzyskaliśmy możliwość dążenia do utraconej doskonałości, do świętości i pojednania się z Bogiem Ojcem.
      Wykupienie nas z grzechu pierworodnego nie znaczy więc, że Pan Jezus Chrystus zbawił nas od słabej natury człowieka, od grzechu, od niedoskonałości. Tę część zostawił On dla nas samych, naszemu wyborowi, naszym staraniom się w podążaniu za Nim, za naszym Zbawicielem, a to znaczy, że gdy nie będziemy się starać o świętość i doskonałość, to jej po prostu nie osiągniemy. Bez starania się o relacje z Panem Jezusem, nie poznamy Go. Nie poznając Go, nie będziemy mogli dosięgnąć Jego miłosierdzia, łaski i zbawienia. Pan Jezus nie żartował sobie przecież gdy mówił, cytuję z pamięci: " Nie każdy kto mi mówi Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Bożego."

      Jezus Chrystus umarł za wielu, a nie za wszystkich, umarł za tych, którzy przyjmują Jego zaproszenie do nawiązania relacji z Nim, a więc do podążania za Nim, do naśladowania Go we wszystkim, również w mądrej miłości. A to wymaga z naszej strony starania się, czyż nie?
      Zatem, do świętości, do doskonałości musimy chcieć dążyć i to sami, bez przymusu, a jedynie z umiłowania Boga i bliźniego swego, jak siebie samego.
      Nie ma tu miejsca na relatywizację i wyrafinowanie jakim jest założenie, że czego bym nie robił, Bóg i tak mi wybaczy, bo Jest Miłością. Zło jest złem i powinniśmy je piętnować podobnie jak i Pan Jezus to robił. Przymykając oczy na zło, bądź usprawiedliwiając je, stajemy się współwinnymi tego zła, bowiem nie pomagamy dopuszczającym się go zrozumieć, że to co robią jest złe. Nie o to Panu Jezusowi chodziło, gdy wybaczając złoczyńcom, mówił do nich, cytuję z pamięci: "Idź i więcej nie grzesz!"

      c.d.n.

      Usuń
    2. c.d. mojej odpowiedzi do Abp. Grzegorza Ryś:

      Przepraszam, ale chyba zostałam źle zrozumiana przez Arcybiskupa. To nie ja uważam, że brak starania ze strony ludzi wychodzi im na dobre, ale jest to przekonanie tych, którzy relatywizują zło głosząc, że to wszystko jedno jak ludzie żyją, bo Pan Jezus i tak im wybaczy bo ich kocha, bo już ich zbawił. Stąd właśnie moja reakcja pod tym Arcybiskupa filmikiem.
      Ja uważam, że aby rozumieć, że grzech nie wychodzi komukolwiek na dobre trzeba rozumieć, że się grzeszy, co jest grzechem, a co nie. Po co?
      Po to, aby móc z grzechem walczyć, unikać go, piętnować i wyrzekać się go, a nie relatywizować. I to właśnie wymaga starania się z naszej strony.
      Ze względu na naszą niedoskonałość jest to niedoskonałe staranie się, dlatego Pan Jezus, Bóg Wcielony, zawsze ma z nami pełne ręce roboty, zawsze ma z czego nas ratować i wybawiać po mimo zbawienia nas z grzechu pierworodnego.

      Wiem, że gdy Boga zabraknie w życiu, to życie traci jakikolwiek sens. Staje się puste i nikomu niepotrzebne, ponieważ nawet nasz własny egoizm staje się wtedy bezsensowny. Gdy Boga nie ma w życiu człowieka to wysycha źródło życia tego człowieka, wtedy staje się on żywym trupem i nawet tego nie dostrzega. Wtedy wszystko nie ma dla niego większego sensu, znaczenia dlatego właśnie żyje byle jak, dlatego właśnie wpada w depresje i takie tam inne dziwadła XXI wieku. Takie życie nie jest życiem, a jedynie wegetacją, nie ma żadnej wartości oprócz ujemnej, a więc straty.

      Czy stratę można nazwać wartością? Tak, można, jednak jedynie w przypadku, gdy zrodzi ona coś o wiele większego, jak śmierć Jezusa Chrystusa na krzyżu. Wyrzeczenie się siebie dla dobra innych. Strata, z której zrodził się ogromny zysk dla nas, bowiem nadzieja na zmartwychwstanie. Zło obróciło się w dobro. Czy zło może obrócić się w dobro, gdy nie będziemy go wyraźnie i bezlitośnie piętnować? Czy dopuszczający się zła może je potępić w sobie i wyjść z niego, gdy zamiast pomóc mu zrozumieć, że źle postępuje, będziemy je usprawiedliwiać i tolerować w myśl poprawności politycznej i niewłaściwego rozumienia słów Pana Jezusa, cytuję z pamięci: " Nie sądź, abyś nie został osądzony."? Przecież mamy siebie nawzajem napominać w miłości, czyż nie? Po to, między innymi, potrzebne są nam relacje abyśmy patrzyli na siebie nie tylko własnymi oczami, ale i oczami innych mającymi być prysznicem zimnej wody dla nas wtedy, gdy wdeptujemy świadomie czy nieświadomie w zło.

      Jeżeli Pan Jezus starał się dla nas, to i my, Jego naśladowcy, jesteśmy zobowiązani do starania się o nie tylko nawiązywanie relacji z Panem Jezusem, ale i o podtrzymywanie ich. Gdy tego nie robimy to relacje te po prostu nie będą istnieć, ponieważ nie ma relacji tam, gdzie nie ma o nie starania dwóch co najmniej stron.
      Jezus Chrystus zrobił swoje w stosunku do nas, postarał się i wykupił nas z grzechu pierworodnego, czym uzdolnił nas do życia bez grzechu. Żeby jednak było to możliwe, musimy tego chcieć, a chcenie już jest zaczątkiem starania się. Samo uzdolnienie człowieka do życia bez grzechu jest nic nie warte, ponieważ bez starania się uzdolnionego, grzech nadal będzie nad nim panował.

      Jezus Chrystus, Bóg Wcielony, wykupił nas z grzechu pierworodnego, a nie z wszystkich grzechów. Nakazał nam abyśmy zmierzali ku świętości i doskonałości.
      To jest normalne, że jako niedoskonali ludzie popełniamy grzechy, jednak w chwili rozpoznania grzechu mamy wyrzec się go, wyjść z niego i więcej go nie popełniać. Na tym to polega. To jest zmierzanie ku świętości, ku doskonałości, o które jednak musimy się starać sami, prosząc przy tym Boga o pomoc w tym staraniu się, prosząc o Jego łaskę i miłosierdzie.
      Przepraszam za moją gadatliwość! Usprawiedliwieniem niech będzie to, że jestem kobietą. ☺

      Bóg zapłać Arcybiskupowi za czas mi poświęcany, za nie unikanie rozmowy ze mną! Wysoko sobie to cenię! Bóg zapłać! Z Panem Bogiem!

      Usuń