wtorek, 22 października 2013

Spadek po wspaniałym Człowieku


Dziadunio był wspaniałym Człowiekiem, a przy tym nieskończenie skromnym. Przeżył bardzo wiele i złego i dobrego - jak sam mówił o swoim niebanalnym, pełnym wydarzeń życiu: "Wszystko dziecino, co mnie spotkało i co przeżyłem złego i dobrego miało swój sens, niczego nie żałuję. To złe formowało mnie na człowieka równie mocno, jak i to dobre. Człowiek dotknięty tylko złem nie rozumie, podobnie jak człowiek napotykający tylko dobro, o ile taki ktoś istnieje, nie rozumie ani Boga, ani sensu istnienia człowieka. Człowiek pamiętający tylko zło staje się wrakiem, niszczy sam siebie, lecz człowiek nie pamiętający zła niszczy nie tylko siebie, bo pozwala złu odradzać się ciągle i na nowo."

Na moje stwierdzenie, że nawet sobie nie wyobrażam okrucieństwa wojny, odpowiedział: "Nie wojna, dziecino, sama w sobie była największym złem, ale oderwanie od najbliższych, oderwanie od wszystkiego, co sercu było najmilsze, tułaczka, która wydawało się nie ma końca. Tęsknota, gorsza od głodu i krwawiących stóp, sprawiała ból okrutny i nieustanny tam na wojnie, a nadzieja, że kiedyś ...., dodawała sił do walki z wrogiem, do walki o przetrwanie i mimo wszystko zachowania człowieczeństwa. Nadzieja i nasz Miś!" I tu rozmowa na chwilę zeszła na Misia Wojtka, który był dla żołnierzy Armii Andersa wszystkim tym czym były utracone więzi z bliskimi, ich rodzeństwem, rodzicami, kolegami, przyjaciółmi, kompanem pomagającym nie tylko zachować ludzkie uczucia, ale i okazywać je mimo wojny. Misia kochali wszyscy, bez wyjątku. Dbali o niego i czerpali siły z tej niezwykłej przyjaźni. Tak mówił mój dziadek.

Powiedział mi też coś bardzo ważnego, co tak naprawdę rozumiem dopiero dzisiaj, gdy sama jestem cudzoziemką: "Po wojnie, powoli wszystko wracało na swoje miejsce, tylko żołnierz-tułacz, taki jak ja nie mógł. Tęsknota nadal toczyła takiego i czasami stawała się bólem nie do zniesienia. Wierz mi kochanieńka, to było i jest najgorsze. Nikt nie może być szczęśliwym, żyjąc w oderwaniu od swoich najbliższych i tego co sercu jest najdroższe - swojej Ojczyzny, tożsamości każdego człowieka."

Cieszył się, że nareszcie odnalazł rodzinę i mógł nawiązać z nią kontakt, cieszył się, że do niego wydzwaniałam i stawiałam masę pytań, że interesował mnie tylko on i jego historia. Obiecał: "Jak dożyję i jak zdrowie mi na to pozwoli, to przyjadę odwiedzić Mateńkę w przyszłym roku, latem. Porozmawiamy sobie wtedy do woli, dziecinko, oj będziemy mieli o czym!" Mówił oczywiście o Polsce, którą zawsze tak czule nazywał. Niestety, zmarł na początku roku planowanych odwiedzin u Mateńki, za którą tak bardzo tęsknił. Z tą tęsknotą i miłością do Ojczyzny żył i umarł i z nią został pochowany na angielskiej, obcej ziemi, tak jak i wielu innych wspaniałych, naszych polskich chłopców i ich Miś.

Dziadek miał mi dużo więcej do opowiedzenia i przekazania i chociaż nie zdążył, to jednak przekazał mi coś, co nie ma ceny, przekazał mi swoją miłość do Ojczyzny, pokazał jej wartość, pomógł mi zrozumieć sens tej niezwykłej i jedynej w swoim rodzaju miłości i zaszczepił w moim sercu wartości, które nie mają sobie równych i to jest mój największy spadek po nim. Dla mnie dziadek nie umarł, będzie też z pewnością żył dla moich potomnych, zadbam o to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz