piątek, 3 kwietnia 2015

Może moje "filozofowanie" ma jakiś sens?


Coraz bardziej jestem przekonana o tym, że historię piszą zwycięzcy, dlatego poszukuję, sprawdzam i dociekam. To co piszą różni profesorowie historii na temat różnych dziejów historycznych naszego Kraju jest bardzo ważne, ale uważam, że nie można ślepo wierzyć we wszystkie spisane przez nich relacje, chyba, że są one wyraźnie udokumentowane. Natomiast jeżeli chodzi o ich osobiste konkluzje na temat opisywanych przez nich wydarzeń, to moim zdaniem są one już podyktowane ich punktem widzenia z perspektywy poglądów i przekonań jakich byli oni przedstawicielami, wyznawcami.

Często zadaję sobie pytanie: czy w zdarzeniach historycznych jest w ogóle możliwe obiektywne spojrzenie na nie? Czy obiektywny opis jakichkolwiek wydarzeń historycznych jest możliwy? Gdy np. weźmiemy pod uwagę opis wielu świadków tego samego wypadku, to często możemy odnieść wrażenie, że każdy z nich mówi jakby o zupełnie innym wydarzeniu. Dzieje się tak dlatego, że każdy ze świadków patrzył na wypadek pod różnym kątem i chociaż widzieli to samo zdarzenie, to jednak inaczej. Nie można też wtedy kategorycznie stwierdzić, że któryś ze świadków kłamie, bo faktem jest, że widzieli to samo aczkolwiek każdy inaczej to odebrał, przeżył, każdy z punktu własnego widzenia i położenia. Wniosek stąd taki, że prawda może być, a nawet jest zawsze wielowymiarowa.

Świetnie może to zobrazować np. mecz piłki nożnej, w którym jedna drużyna wygrywa. Zwycięzcy przeżywają swój sukces euforycznie i zapisują datę meczu w swojej pamięci jako radosny dzień, dzień tryumfu, natomiast dla pokonanej drużyny i jej fanów będzie to porażka, dzień klęski. Dla pierwszych wszystko jest oczywiste, dla drugich już nie, ponieważ ci drudzy - przegrani będą się starali dociekać co było przyczyną ich porażki? Co mogli zrobić by jej uniknąć, a czego nie zrobili? Kto ponosi winę za niepowodzenie meczu?

Myślę, że z historycznymi wydarzeniami jest podobnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to co tu piszę jest moją subiektywną, być może nieudolną próbą spojrzenia na sprawy. Staram się jednak robić to w sposób  niezależny, trzeźwy i realny, bez opowiadania się po którejkolwiek stronie, no! - może jedynie po stronie najdroższego mi Narodu polskiego, ale też i z punktu widzenie jego tragicznej historii. Przecież ktoś, kto jest Polakiem, a ma inny pogląd niż mój, nie przestał być dla mnie Polakiem tylko z tego powodu, że myśli inaczej.

Może to naiwne, ale wychodzę z założenia, że wszystkim Polakom zawsze chodziło i chodzi jedynie o dobro naszego Kraju, o nasze dobro. Może się to wydawać komuś niepotrzebnym grzebaniem w oczywistej oczywistości, jednak, czy każdy medal nie posiada dwóch stron? To co dla jednych jest oczywistą oczywistością, dla innych już nią nie jest. Może moje "filozofowanie" ma jakiś sens? Może wcale nie taki głupi i naiwny, bo poszukujący nowego spojrzenia na sprawy dotyczące nas Polaków. Hmmm ..........!? Tym sensem, moim zdaniem, może być chęć nie dopuszczenia do coraz głębszego dzielenia się Polaków, które to dzielenie się jest niewątpliwie zgubnym dla naszego Narodu.

Ktoś, kiedyś powiedział:

"Polacy zawsze w tych warunkach w jakich im przyszło żyć robili co mogli dla Polski", np. po IIWŚ odbudowywali ją gołymi rękami i ze śpiewem na ustach z gruzów, a potem rozbudowywali ją na miarę swoich możliwości. Tego faktu nie da się ukryć, ani mu zaprzeczyć. To za czasów PRL-u usunięto powojenne gruzy i odbudowano jedne a zbudowano od podstaw drugie fabryki zapewniające może powolniejszy niż na Zachodzie, ale jednak rozwój naszego Kraju.

Gdzie dzisiaj one są?


Może wszyscy ludzie nie mieszkali w pałacach i nie jeździli mercedesami, ale czy na Zachodzie wszyscy to robili, czy robią to teraz w czasach nam obecnych? Nie! Może nie dorównywaliśmy pod wieloma względami Zachodowi, ale też i Zachód nigdy nie był tak zniszczony i splądrowany podczas IIWŚ, ograbiony ze wszystkiego jak była Polska i nie musiał wszystkiego odbudowywać od podstaw, łącznie z inteligencją wybitą w pień w naszym przypadku zarówno przez Niemców, jak i przez Ruskich. Na dodatek alianci, zaraz po wojnie opuścili nas, a wspomogli Niemców (chociaż to oni wywołali IIWŚ) w odbudowie powojennych zgliszczy tak, że Niemcy, które przegrały wojnę mogły od razu się rozwijać i iść do przodu. (sic!)

W moich oczach wygląda to tak, jakby ZBRODNIARZE WOJENNI - NIEMCY zostali nagrodzeni za swoje zbrodnie dokonane na Narodach, głównie żydowskim i polskim podczas IIWŚ. Na dodatek jeszcze, dzisiaj cała Europa padła przed nimi na kolana i oddała się Niemcom jak nie przymierzając tania dziwka nie mająca szacunku ani dla siebie, ani dla swoich przodków poległych w walce z niemieckim okupantem. ZBRODNIA BYŁA, natomiast KARA NIE! TA STAŁA SIĘ DLA ZBRODNIARZY NAGRODĄ!! Czy można się dziwić, że ŚWIAT SIĘ ŚMIEJE? Że ZŁO nazywa DOBREM, a DOBRO ZŁEM?

Za czasów PRL-u, moim zdaniem, tak jak i w czasie zaborów, czy w czasie międzywojennym, Polacy w przeciwieństwie do swoich rządów, z małymi wyjątkami, robili co mogli dla swojego Kraju, który kochali. Przecież wszyscy nie byli komunistami! A nawet jak niejedni nimi byli, to może jedynie dlatego, że była to konieczność, by móc pod "czerwonym płaszczem", najpewniejszym kamuflażem wówczas, działać na rzecz Polski, co jak wszyscy już wiemy zaowocowało w końcu obaleniem "komunizmu" (w cudzysłowie, bo wszystko wskazuje na to, że prawdziwego komunizmu o jakim pisał Marks jeszcze nie było). Szkoda tylko, że odbyło się to bardziej spontanicznie niż planowo, dlatego, że przez to, w tym przełomowym okresie Polacy nie mieli konkretnego pomysłu na to, co dalej będzie z Polską? Ten brak pomysłu na Polskę otworzył furtkę post-komunistom, takim jak np. BOLEK i jego ferajna i doprowadził nasz kraj zamiast do większego rozkwitu, do jego gospodarczej (likwidacja przemysłu), ekonomicznej (niebotyczne długi), politycznej (rządzenie na szkodę własnego Narodu) i moralnej (szerząca się patologia różnego rodzaju) RUINY.

Znowu wrócę do stwierdzenia: "Polacy zawsze w tych warunkach w jakich im przyszło żyć robili co mogli dla Polski.". Moim zdaniem, to jest prawda! W czasie PRL-u robili co mogli dla swojej Ojczyzny w tych warunkach w jakich przyszło im żyć, Powstańcy Warszawscy i AK-owcy robili to samo dla swojej Ojczyzny w czasie II Wojny Swiatowej, w tych warunkach w jakich przyszło im żyć, a więc pod okupacją niemieckiego agresora z jednej strony, a rosyjskiego "dobrego wujka" - oszusta, z drugiej? Nawiasem mówiąc, gdyby Niemcy nie zdradzili Sowietów, to dzisiaj już by nie było ani jednego Polaka, śmiem przypuszczać, znając pazerność i okrucieństwo tych dwóch wrogich nam Narodów. "Polacy zawsze w tych warunkach w jakich im przyszło żyć robili co mogli dla Polski.", Polacy ale nie rządzący Polską, ponieważ ci zaprzepaścili naszą na powrót wydawałoby się odzyskaną na moment niepodległość!
Wystarczy wspomnieć w tym miejscu zdradę Polski i Polaków przez Sikorskiego w Berlinie, albo wyrazne działanie Tuska na szkodę naszego Narodu i Kraju. "POLSKOŚĆ, TO NIENORMALNOŚĆ!"(sic!) Czy tak wypowiada się premier o kraju, którego jest przedstawicielem? Czego dobrego mógł spodziewać się naród pod rządami takiego premiera?

Jeżeli dla Polaka Polskość ma być nienormalnością, to co dla Polaka ma być normalne? EUROPEJSKOŚĆ? A może NIEMIECKOŚĆ? Czyżbyśmy wcześniej nie byli Europejczykami? Jeżeli nimi byliśmy, co jest niezaprzeczalnym faktem, to o co chodzi z tą miłością do Europy, większą niż do własnej Ojczyzny?

Po co walczyliśmy z Hitlerem? Mogliśmy od razu poddać się Niemcom i w ten sposób zaoszczędzić wiele istnień ludzkich, a może i nie? Może NIEMIECKIE OBOZY KONCENTRACYJNE, tak jak i RUSKIE istniały by do dzisiaj i każdy kaleka, Żyd, Polak, czy Rom, każdy dzisiejszy dumny ze swojej orientacji i chwalący się nią homoseksualista miałby "zaszczyt" pracować w nich o kromce suchego chleba i ginąć dla "ukochanej" trzeciej rzeszy niemieckich i żydowskich (Hitler i jego żydowska armia) wampirów rządnych krwi ludzkiej? Może wtedy pozbawiono by nas całkowicie człowieczeństwa (bo po co nam ono?) do czego sami w dobie obecnej dążymy i jako, nie jak dzisiejsi, drugiej kategorii Europejczycy - dobrowolni niewolnicy, ale jako "pod ludzie" bylibyśmy "szczęśliwsi", bo pracowalibyśmy dla naszych oprawców za darmo i w nagrodę osiągalibyśmy wiek emerytalny (czytaj stan spoczynku - śmierć) w wieku 30 lat, a nie 67. To dopiero byłaby oszczędność dla całej Europy, nie mówię już nic o Niemczech. Żaden kryzys - sztuczny, czy prawdziwy - by jej nie groził. Pytam się więc, ja, digitalowy dziecior - po co to wszystko było, cała ta walka z hitlerowcami, sowietami, o wolność i demokrację, gdzie jest w tym wszystkim sens i logika, skoro dzisiaj mamy się wyrzec własnej historii? Skoro dzisiaj mamy się wstydzić naszej "nienormalnej" Polskości (opinia Tuska-premiera Polski) i zapomnieć o patriotyzmie?

Czy naprawdę i dosłownie wszystko było złe w socjalistyczno-komunistycznej Polsce?
Ludzie napotykani przeze mnie, z którymi rozmawiam na temat PRL-u wcale nie są tego tacy pewni, szczególnie ci, którym ostatnie zmiany społeczno-gospodarczo-polityczne znacznie pogorszyły życie, ba sprowadziły ich do życia w nędzy, bez jakichkolwiek widoków na lepsze jutro, mimo iż pracują od świtu do nocy i ponad siły. Ja sama, coraz częściej zastanawiam się, czy jakikolwiek wysiłek dla celów wyższych ma jakikolwiek sens, skoro ludzie z taką łatwością skreślają osiągnięcia swoich przodków w dążeniu ku lepszej przyszłości swoich potomnych? Skoro dzisiaj ich potomni tańczą w przenośni i dosłownie na grobach swoich bohaterów? 

Tak sobie myślę, że gdyby Bóg chciał, aby ludzie byli jednym narodem, to przy budowie Wieży Babel nie pomieszał by im języków. Wg mnie, to człowiek chce panować nad drugim człowiekiem na jego zgubę i dlatego wymyślił globalizację, co moim zdaniem, podobnie jak wieża Babel nie podoba się Bogu, ani coraz bardziej zawiedzionym tym dziwadłem XXI w ludziom. Właśnie dlatego wydaje mi się, że koniec ludzkich, pazernych systemów jest już blisko. Pastwienie się jednych ludzi nad drugimi dobiega końca, sądząc z tego jak całe Narody coraz częściej wychodzą "ludzkim tsunami", jak to ktoś, kiedyś słusznie zauważył, na ulice świata, by pokazać swoje niezadowolenie i dezaprobatę dla "demokratycznych" rządów, o które sami kiedyś walczyli wierząc, że przyniosą one im sprawiedliwość, bezpieczeństwo i spodziewany dobrobyt. Wychodzi na to, że ludzkość spotkało kolejne rozczarowanie. A może uwierzyli nie temu, komu/czemu trzeba?
 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wojtek

Opowieści o Misiu-Wojtku, żołnierzu Armii Andersa słyszałam już kilkanaście lat temu, od mojego dziadka.

Tak się składa, że brat mojej babci był żołnierzem w Armii Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Nigdy nie wrócił do kraju z powodu zajęcia go przez komunistów, a po wojnie ożenił się z Angielką i zamieszkał w Londynie. Tam, jako wierny katolik i Polak zawsze wspierał Polaków pomagając nowo przyjezdnym do Anglii ziomkom zadomowić się i rozpocząć nowe życie na obczyźnie. Za swoją charytatywną pomoc i postawę otrzymał medal od samego Papieża JPII.

Do 1990 roku nie kontaktował się z rodziną w Polsce z obawy przed represjami jakie mogłoby to na nią sprowadzić. Rodzina również musiała milczeć zarówno o nim, jak i o swoim pochodzeniu. Całym sercem nie ufał komuchom, nawet po roku 1989 nie uwierzył w Polski całkowitą wolność od bolszewii. Mówił: "Posprzątanie wymaga czasu, może ty dziecko doczekasz się, może twoje dzieci." Gdy patrzę na dzisiejszą rzeczywistość w naszym kraju, to widzę i coraz bardziej jestem o tym przekonana, że dziadek miał rację.

Nigdy osobiście nie spotkałam dziadka. Gdy to byłoby możliwe, on już nie żył. Jednak przez jakiś czas, przed jego śmiercią, często rozmawialiśmy przez telefon. Wtedy, poraz pierwszy usłyszałam od niego o dzielnym żołnierzu- Misiu Wojtku. Nigdy też nie zapomnę jego ciepłego, serdecznego i ciągle o młodym brzmieniu głosu i tych wspaniałych rozmów przepełnionych jego tęsknotą i miłością do kraju. Podsyciły one również i moją miłość do, jak dziadek zwykł mówić: "Mateńki jedynej", "Ojczyzny najmilszej" i tego już nic i nikt nie zmieni.

Dziadunio był wspaniałym człowiekiem, a przy tym nieskończenie skromnym. Przeżył bardzo wiele i złego i dobrego - jak sam mówił o swoim niebanalnym, pełnym wydarzeń życiu: "Wszystko dziecino, co mnie spotkało i co przeżyłem złego i dobrego miało swój sens, niczego nie żałuję. To złe formowało mnie na człowieka równie mocno, jak i to, co było w tych trudnych czasach dobre. Człowiek dotknięty tylko złem nie rozumie ani Boga, ani sensu istnienia człowieka. Człowiek pamiętający tylko zło staje się wrakiem, niszczy sam siebie, lecz człowiek nie pamiętający zła niszczy nie tylko siebie, bo pozwala złu odradzać się ciągle i na nowo."

Na moje stwierdzenie, że nawet sobie nie wyobrażam okrucieństwa wojny, odpowiedział: "Najgorszym w czasie wojny było oderwanie od najbliższych, oderwanie od wszystkiego, co sercu było najmilsze, tułaczka, która wydawało się nie ma końca. Tęsknota, gorsza od głodu i krwawiących stóp, sprawiała ból okrutny i nieustanny tam na wojnie, a nadzieja, że kiedyś ......., dodawała sił do walki nie tylko z wrogiem, ale i o przetrwanie, o mimo wszystko zachowanie człowieczeństwa. Nadzieja i nasz Miś!" I tu rozmowa na chwilę zeszła na Misia Wojtka ..., "który był dla żołnierzy wszystkim tym czym były utracone więzi z bliskimi, ich rodzeństwem, rodzicami, kolegami, przyjaciółmi, kompanem pomagającym nie tylko zachować ludzkie uczucia, ale i okazywać je mimo wojny. Misia kochali wszyscy, bez wyjątku. Dbali o niego i czerpali siły z tej niezwykłej przyjaźni nie tylko żołnierze z kompanii Misia Wojtka, ale cała Armia Andersa czerpała siły z opowieści o nim." - tak mówił mój dziadek.

"Po wojnie, powoli wszystko wracało na swoje miejsce, tylko żołnierz-tułacz, taki jak ja nie mógł. Tęsknota nadal toczyła takiego i czasami stawała się bólem nie do zniesienia. Wierz mi kochanieńka, to było i jest najgorsze. Nikt nie może być szczęśliwym, żyjąc w oderwaniu od swoich najbliższych i tego co sercu jest najdroższe, od swojej Ojczyzny, tożsamości każdego człowieka." - i tu dziadek zacytował fragment z inwokacji "Pana Tadeusza":

"Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
 Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
 Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
 Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie."


Pamiętam, jak coś chwyciło mnie za serce, jak bardzo się wtedy wzruszyłam. Dziś rozumiem, że dziadek wlewał w moje serce niezwykłą miłość, niezwykłą, bo niesamolubną do ziemi, w której on zostawił swoje korzenie, swoją młodość i ciągle bijące dla niej serce.
Cieszył się, że nareszcie odnalazł rodzinę i mógł nawiązać z nią kontakt. Już od pierwszych wypowiedzianych słów poczuliśmy zarówno ja, jak i dziadek wzajemną bliskość i sympatię. Rozmowy nasze od pierwszej chwili sprawiały wrażenie jakbyśmy się znali od dawna. Ja szczebiotałam, on słuchał, potem on mówił, ja zamieniałam się w słuch.

Obiecał: "Jak dożyję i jak zdrowie mi na to pozwoli, to przyjadę odwiedzić Mateńkę w przyszłym roku, latem. Porozmawiamy sobie wtedy do woli, dziecinko, oj będziemy mieli o czym!"
Mówił oczywiście o Polsce, którą zawsze tak czule nazywał. Niestety, zmarł na początku roku planowanych odwiedzin u Mateńki, za którą tak bardzo tęsknił. Z tą tęsknotą i miłością do Ojczyzny żył i umarł i z nią został pochowany na brytyjskiej, obcej ziemi, tak jak i wielu innych wspaniałych, naszych polskich chłopców i ich przyjaciel Miś.

Dziadek miał mi dużo więcej do opowiedzenia i przekazania i chociaż nie zdążył, to jednak przekazał mi coś, co nie ma ceny, przekazał mi swoją miłość do Ojczyzny, do Mateńki, pokazał jej wartość, pomógł mi zrozumieć sens tej niezwykłej i jedynej w swoim rodzaju miłości i zaszczepił w moim sercu wartości, które nie mają sobie równych i to jest mój największy spadek po nim. Dla mnie dziadek nie umarł, będzie też z pewnością żył dla moich potomnych, zadbam o to.