Opowieści o Misiu-Wojtku, żołnierzu Armii Andersa słyszałam już kilkanaście lat temu, od mojego dziadka.
Tak się składa, że brat mojej babci był żołnierzem w Armii Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Nigdy nie wrócił do kraju z powodu zajęcia go przez komunistów, a po wojnie ożenił się z Angielką i zamieszkał w Londynie. Tam, jako wierny katolik i Polak zawsze wspierał Polaków pomagając nowo przyjezdnym do Anglii ziomkom zadomowić się i rozpocząć nowe życie na obczyźnie. Za swoją charytatywną pomoc i postawę otrzymał medal od samego Papieża JPII.
Do 1990 roku nie kontaktował się z rodziną w Polsce z obawy przed represjami jakie mogłoby to na nią sprowadzić. Rodzina również musiała milczeć zarówno o nim, jak i o swoim pochodzeniu. Całym sercem nie ufał komuchom, nawet po roku 1989 nie uwierzył w Polski całkowitą wolność od bolszewii. Mówił: "Posprzątanie wymaga czasu, może ty dziecko doczekasz się, może twoje dzieci." Gdy patrzę na dzisiejszą rzeczywistość w naszym kraju, to widzę i coraz bardziej jestem o tym przekonana, że dziadek miał rację.
Nigdy osobiście nie spotkałam dziadka. Gdy to byłoby możliwe, on już nie żył. Jednak przez jakiś czas, przed jego śmiercią, często rozmawialiśmy przez telefon. Wtedy, poraz pierwszy usłyszałam od niego o dzielnym żołnierzu- Misiu Wojtku. Nigdy też nie zapomnę jego ciepłego, serdecznego i ciągle o młodym brzmieniu głosu i tych wspaniałych rozmów przepełnionych jego tęsknotą i miłością do kraju. Podsyciły one również i moją miłość do, jak dziadek zwykł mówić: "Mateńki jedynej", "Ojczyzny najmilszej" i tego już nic i nikt nie zmieni.
Dziadunio był wspaniałym człowiekiem, a przy tym nieskończenie skromnym. Przeżył bardzo wiele i złego i dobrego - jak sam mówił o swoim niebanalnym, pełnym wydarzeń życiu: "Wszystko dziecino, co mnie spotkało i co przeżyłem złego i dobrego miało swój sens, niczego nie żałuję. To złe formowało mnie na człowieka równie mocno, jak i to, co było w tych trudnych czasach dobre. Człowiek dotknięty tylko złem nie rozumie ani Boga, ani sensu istnienia człowieka. Człowiek pamiętający tylko zło staje się wrakiem, niszczy sam siebie, lecz człowiek nie pamiętający zła niszczy nie tylko siebie, bo pozwala złu odradzać się ciągle i na nowo."
Na moje stwierdzenie, że nawet sobie nie wyobrażam okrucieństwa wojny, odpowiedział: "Najgorszym w czasie wojny było oderwanie od najbliższych, oderwanie od wszystkiego, co sercu było najmilsze, tułaczka, która wydawało się nie ma końca. Tęsknota, gorsza od głodu i krwawiących stóp, sprawiała ból okrutny i nieustanny tam na wojnie, a nadzieja, że kiedyś ......., dodawała sił do walki nie tylko z wrogiem, ale i o przetrwanie, o mimo wszystko zachowanie człowieczeństwa. Nadzieja i nasz Miś!" I tu rozmowa na chwilę zeszła na Misia Wojtka ..., "który był dla żołnierzy wszystkim tym czym były utracone więzi z bliskimi, ich rodzeństwem, rodzicami, kolegami, przyjaciółmi, kompanem pomagającym nie tylko zachować ludzkie uczucia, ale i okazywać je mimo wojny. Misia kochali wszyscy, bez wyjątku. Dbali o niego i czerpali siły z tej niezwykłej przyjaźni nie tylko żołnierze z kompanii Misia Wojtka, ale cała Armia Andersa czerpała siły z opowieści o nim." - tak mówił mój dziadek.
"Po wojnie, powoli wszystko wracało na swoje miejsce, tylko żołnierz-tułacz, taki jak ja nie mógł. Tęsknota nadal toczyła takiego i czasami stawała się bólem nie do zniesienia. Wierz mi kochanieńka, to było i jest najgorsze. Nikt nie może być szczęśliwym, żyjąc w oderwaniu od swoich najbliższych i tego co sercu jest najdroższe, od swojej Ojczyzny, tożsamości każdego człowieka." - i tu dziadek zacytował fragment z inwokacji "Pana Tadeusza":
"Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie."
Pamiętam, jak coś chwyciło mnie za serce, jak bardzo się wtedy wzruszyłam. Dziś rozumiem, że dziadek wlewał w moje serce niezwykłą miłość, niezwykłą, bo niesamolubną do ziemi, w której on zostawił swoje korzenie, swoją młodość i ciągle bijące dla niej serce.
Cieszył się, że nareszcie odnalazł rodzinę i mógł nawiązać z nią kontakt. Już od pierwszych wypowiedzianych słów poczuliśmy zarówno ja, jak i dziadek wzajemną bliskość i sympatię. Rozmowy nasze od pierwszej chwili sprawiały wrażenie jakbyśmy się znali od dawna. Ja szczebiotałam, on słuchał, potem on mówił, ja zamieniałam się w słuch.
Obiecał: "Jak dożyję i jak zdrowie mi na to pozwoli, to przyjadę odwiedzić Mateńkę w przyszłym roku, latem. Porozmawiamy sobie wtedy do woli, dziecinko, oj będziemy mieli o czym!"
Mówił oczywiście o Polsce, którą zawsze tak czule nazywał. Niestety, zmarł na początku roku planowanych odwiedzin u Mateńki, za którą tak bardzo tęsknił. Z tą tęsknotą i miłością do Ojczyzny żył i umarł i z nią został pochowany na brytyjskiej, obcej ziemi, tak jak i wielu innych wspaniałych, naszych polskich chłopców i ich przyjaciel Miś.
Dziadek miał mi dużo więcej do opowiedzenia i przekazania i chociaż nie zdążył, to jednak przekazał mi coś, co nie ma ceny, przekazał mi swoją miłość do Ojczyzny, do Mateńki, pokazał jej wartość, pomógł mi zrozumieć sens tej niezwykłej i jedynej w swoim rodzaju miłości i zaszczepił w moim sercu wartości, które nie mają sobie równych i to jest mój największy spadek po nim. Dla mnie dziadek nie umarł, będzie też z pewnością żył dla moich potomnych, zadbam o to.
Tak się składa, że brat mojej babci był żołnierzem w Armii Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Nigdy nie wrócił do kraju z powodu zajęcia go przez komunistów, a po wojnie ożenił się z Angielką i zamieszkał w Londynie. Tam, jako wierny katolik i Polak zawsze wspierał Polaków pomagając nowo przyjezdnym do Anglii ziomkom zadomowić się i rozpocząć nowe życie na obczyźnie. Za swoją charytatywną pomoc i postawę otrzymał medal od samego Papieża JPII.
Do 1990 roku nie kontaktował się z rodziną w Polsce z obawy przed represjami jakie mogłoby to na nią sprowadzić. Rodzina również musiała milczeć zarówno o nim, jak i o swoim pochodzeniu. Całym sercem nie ufał komuchom, nawet po roku 1989 nie uwierzył w Polski całkowitą wolność od bolszewii. Mówił: "Posprzątanie wymaga czasu, może ty dziecko doczekasz się, może twoje dzieci." Gdy patrzę na dzisiejszą rzeczywistość w naszym kraju, to widzę i coraz bardziej jestem o tym przekonana, że dziadek miał rację.
Nigdy osobiście nie spotkałam dziadka. Gdy to byłoby możliwe, on już nie żył. Jednak przez jakiś czas, przed jego śmiercią, często rozmawialiśmy przez telefon. Wtedy, poraz pierwszy usłyszałam od niego o dzielnym żołnierzu- Misiu Wojtku. Nigdy też nie zapomnę jego ciepłego, serdecznego i ciągle o młodym brzmieniu głosu i tych wspaniałych rozmów przepełnionych jego tęsknotą i miłością do kraju. Podsyciły one również i moją miłość do, jak dziadek zwykł mówić: "Mateńki jedynej", "Ojczyzny najmilszej" i tego już nic i nikt nie zmieni.
Dziadunio był wspaniałym człowiekiem, a przy tym nieskończenie skromnym. Przeżył bardzo wiele i złego i dobrego - jak sam mówił o swoim niebanalnym, pełnym wydarzeń życiu: "Wszystko dziecino, co mnie spotkało i co przeżyłem złego i dobrego miało swój sens, niczego nie żałuję. To złe formowało mnie na człowieka równie mocno, jak i to, co było w tych trudnych czasach dobre. Człowiek dotknięty tylko złem nie rozumie ani Boga, ani sensu istnienia człowieka. Człowiek pamiętający tylko zło staje się wrakiem, niszczy sam siebie, lecz człowiek nie pamiętający zła niszczy nie tylko siebie, bo pozwala złu odradzać się ciągle i na nowo."
Na moje stwierdzenie, że nawet sobie nie wyobrażam okrucieństwa wojny, odpowiedział: "Najgorszym w czasie wojny było oderwanie od najbliższych, oderwanie od wszystkiego, co sercu było najmilsze, tułaczka, która wydawało się nie ma końca. Tęsknota, gorsza od głodu i krwawiących stóp, sprawiała ból okrutny i nieustanny tam na wojnie, a nadzieja, że kiedyś ......., dodawała sił do walki nie tylko z wrogiem, ale i o przetrwanie, o mimo wszystko zachowanie człowieczeństwa. Nadzieja i nasz Miś!" I tu rozmowa na chwilę zeszła na Misia Wojtka ..., "który był dla żołnierzy wszystkim tym czym były utracone więzi z bliskimi, ich rodzeństwem, rodzicami, kolegami, przyjaciółmi, kompanem pomagającym nie tylko zachować ludzkie uczucia, ale i okazywać je mimo wojny. Misia kochali wszyscy, bez wyjątku. Dbali o niego i czerpali siły z tej niezwykłej przyjaźni nie tylko żołnierze z kompanii Misia Wojtka, ale cała Armia Andersa czerpała siły z opowieści o nim." - tak mówił mój dziadek.
"Po wojnie, powoli wszystko wracało na swoje miejsce, tylko żołnierz-tułacz, taki jak ja nie mógł. Tęsknota nadal toczyła takiego i czasami stawała się bólem nie do zniesienia. Wierz mi kochanieńka, to było i jest najgorsze. Nikt nie może być szczęśliwym, żyjąc w oderwaniu od swoich najbliższych i tego co sercu jest najdroższe, od swojej Ojczyzny, tożsamości każdego człowieka." - i tu dziadek zacytował fragment z inwokacji "Pana Tadeusza":
"Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie."
Pamiętam, jak coś chwyciło mnie za serce, jak bardzo się wtedy wzruszyłam. Dziś rozumiem, że dziadek wlewał w moje serce niezwykłą miłość, niezwykłą, bo niesamolubną do ziemi, w której on zostawił swoje korzenie, swoją młodość i ciągle bijące dla niej serce.
Cieszył się, że nareszcie odnalazł rodzinę i mógł nawiązać z nią kontakt. Już od pierwszych wypowiedzianych słów poczuliśmy zarówno ja, jak i dziadek wzajemną bliskość i sympatię. Rozmowy nasze od pierwszej chwili sprawiały wrażenie jakbyśmy się znali od dawna. Ja szczebiotałam, on słuchał, potem on mówił, ja zamieniałam się w słuch.
Obiecał: "Jak dożyję i jak zdrowie mi na to pozwoli, to przyjadę odwiedzić Mateńkę w przyszłym roku, latem. Porozmawiamy sobie wtedy do woli, dziecinko, oj będziemy mieli o czym!"
Mówił oczywiście o Polsce, którą zawsze tak czule nazywał. Niestety, zmarł na początku roku planowanych odwiedzin u Mateńki, za którą tak bardzo tęsknił. Z tą tęsknotą i miłością do Ojczyzny żył i umarł i z nią został pochowany na brytyjskiej, obcej ziemi, tak jak i wielu innych wspaniałych, naszych polskich chłopców i ich przyjaciel Miś.
Dziadek miał mi dużo więcej do opowiedzenia i przekazania i chociaż nie zdążył, to jednak przekazał mi coś, co nie ma ceny, przekazał mi swoją miłość do Ojczyzny, do Mateńki, pokazał jej wartość, pomógł mi zrozumieć sens tej niezwykłej i jedynej w swoim rodzaju miłości i zaszczepił w moim sercu wartości, które nie mają sobie równych i to jest mój największy spadek po nim. Dla mnie dziadek nie umarł, będzie też z pewnością żył dla moich potomnych, zadbam o to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz