Gdy jak zwykle w piękne letnie poranki wyszłam i dzisiaj do ogrodu by pochodzić po nim boso i zmoczyć stopy rosą, zobaczyłam kota na smyczy i zrobiło mi się tak jakoś przykro i smutno. Kot na smyczy!? To okropne! Kto wymyślił podobny idiotyzm? Przecież koty kochają wolność, kochają chodzić własnymi drogami. Biedny kotek, pomyślałam sobie i w tej chwili uderzyła mnie druga myśl, że kotek wydaje mi się znajomym „kosmitą” z altanki w moim ogrodzie. Od tamtego spotkania jeszcze się u mnie nie pojawił, chociaż wyglądam go każdego dnia. Czyżby się na mnie obraził za to, że go do mieszkania nie wpuściłam, za moją niegościnność? Przypomniałam sobie tą historię, a było to tak:
Pewnego, równie pięknego poranka, jak dzisiaj, miałam odwiedziny kota, chyba kosmity. Siedząc i pracując z czymś przy moim biurku, nagle usłyszałam za oknem skrzeczenie sroki, stałej bywalczyni mojego ogrodu. Kiedyś, jak jeszcze moja suczka żyła, ciągle przylatywała do niej na ploty, czasami nieźle się pokłóciły. Zdziwiłam się więc gdy usłyszałam znajomy mi hałas za oknem. Otworzyłam drzwi do ogrodu i pierwsze co zobaczyłam, to oczywiście skrzeczącą srokę. Podskakując na schodach skrzeczała z całych sił na kogoś czającego się w altanie. Gdy spojrzałam w tym kierunku zobaczyłam go, wspaniałego czarno rudego kocura w białych szykownych bucikach i w białym kołnierzyku. Wyglądał jakby się na bal wybierał. Był piękny i nic sobie nie robił z kłótliwej pani sroki. Siedział pod stołem i tylko patrzył na nią przymrużonymi oczami i grał obojętnego. Sroka zaskrzeczała jeszcze raz i odfrunęła, ale kocur nawet się nie ruszył, dopiero gdy wysunęłam rękę do niego i zawołałam kici-kici, to w te pędy podbiegł do mnie i od razu pcha się do mieszkania.
- Hola, hola mój miły gościu, nie tak szybko, najpierw musimy się trochę poznać, powiedziałam, a on tylko odwrócił się do mnie tyłem, podniósł dostojnie swój piękny, wiewiórczy ogon i wyginając grzbiet do góry zapraszał mnie do pogłaskania go, przynajmniej ja, nie znająca kociego języka przecież, tak to zrozumiałam. Pogłaskałam go, podrapałam za uszkiem i powiedziałam z zachwytem – jakiś ty piękny i jaki pieszczoch, a on tylko popatrzył na mnie i wrócił pod stół zgrywając obojętnego. Gdy drugi raz zawołałam kici-kici, znowu podbiegł i bez pardonu, od razu pcha się do mieszkania. Lekko go powstrzymałam i powiedziałam z uśmiechem – nie bądź taki nachalny, może innym razem przystojniaku zaproszę cię na miseczkę mleka, może się nawet zaprzyjaźnimy, oczywiście jak zechcesz i jak będziesz tu do mnie wpadał częściej. I znowu dał się podrapać za uszkiem, pogłaskać i nagle odwrócił się i zwinnie zeskakując ze schodów odszedł spokojnie tylko w sobie znanym kierunku. Ja stałam zachwycona tym niespodziewanym spotkaniem i patrzyłam za nim jak odchodził.
Chyba polubiłam koty, bo tęsknię za nim, marzę o ponownym spotkaniu z tym kocim poliglotą (?), no bo przecież „rozmawialiśmy” ze sobą po polsku. Hmm ..!? To na pewno był kosmita. Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia.
Tak myśląc i wspominając tamto zdarzenie, zaczęłam przyglądać się zniewolonemu kotkowi uważniej i nagle poczułam ulgę – to nie był on, to nie przystojniak z mojej bajki. To tylko jakiś mały, czarny kotek z bardzo smutnymi oczami. Jakiś?? Hmm … , dziwne? – pomyślałam.
Wchodząc z powrotem do domu zaczęłam się zastanawiać nad losem nie tylko zniewolonych kotów, ale i ludzi i pytać samą siebie w myślach – jak to właściwie jest? Dlaczego los nieznajomych mniej nas obchodzi niż życie tych, których znamy i kochamy? Zagłębiłam się w moich myślach … ?? Może dlatego, że nic nie wiemy o ich istnieniu? „Czego oczy nie widzą, sercu nie żal.” Kogo nie znamy, o tego nie pytamy. W takim razie dlaczego niewiele jesteśmy w stanie zrobić dla drugiej istoty, gdy już zobaczymy całą jej „nagość” i beznadziejność położenia? Najczęściej spuszczając wtedy oczy i rozkładając ramiona, zawstydzeni odchodzimy do swojego życia, często z myślą – to w końcu nie jest mój problem i zresztą, co ja mogę? Nic! Przecież nie jestem w stanie całego świata zbawić i co najdziwniejsze – natychmiast czujemy się we własnych oczach usprawiedliwieni. Zapominamy!
Życie to jednak jest bezkresna dżungla, wygrywa w nim i z nim zawsze tylko najsilniejszy.
Przypomniałam sobie smutne oczy spotkanego rano małego kotka na uwięzi. Zrobiło mi się przykro, że nie mogłam nic dla niego zrobić. Zobaczyłam jak na dłoni swoją własną bezsilność, zrozumiałam, że nie zawsze i nie wszystko zależy jednak od nas samych, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.
Pewnego, równie pięknego poranka, jak dzisiaj, miałam odwiedziny kota, chyba kosmity. Siedząc i pracując z czymś przy moim biurku, nagle usłyszałam za oknem skrzeczenie sroki, stałej bywalczyni mojego ogrodu. Kiedyś, jak jeszcze moja suczka żyła, ciągle przylatywała do niej na ploty, czasami nieźle się pokłóciły. Zdziwiłam się więc gdy usłyszałam znajomy mi hałas za oknem. Otworzyłam drzwi do ogrodu i pierwsze co zobaczyłam, to oczywiście skrzeczącą srokę. Podskakując na schodach skrzeczała z całych sił na kogoś czającego się w altanie. Gdy spojrzałam w tym kierunku zobaczyłam go, wspaniałego czarno rudego kocura w białych szykownych bucikach i w białym kołnierzyku. Wyglądał jakby się na bal wybierał. Był piękny i nic sobie nie robił z kłótliwej pani sroki. Siedział pod stołem i tylko patrzył na nią przymrużonymi oczami i grał obojętnego. Sroka zaskrzeczała jeszcze raz i odfrunęła, ale kocur nawet się nie ruszył, dopiero gdy wysunęłam rękę do niego i zawołałam kici-kici, to w te pędy podbiegł do mnie i od razu pcha się do mieszkania.
- Hola, hola mój miły gościu, nie tak szybko, najpierw musimy się trochę poznać, powiedziałam, a on tylko odwrócił się do mnie tyłem, podniósł dostojnie swój piękny, wiewiórczy ogon i wyginając grzbiet do góry zapraszał mnie do pogłaskania go, przynajmniej ja, nie znająca kociego języka przecież, tak to zrozumiałam. Pogłaskałam go, podrapałam za uszkiem i powiedziałam z zachwytem – jakiś ty piękny i jaki pieszczoch, a on tylko popatrzył na mnie i wrócił pod stół zgrywając obojętnego. Gdy drugi raz zawołałam kici-kici, znowu podbiegł i bez pardonu, od razu pcha się do mieszkania. Lekko go powstrzymałam i powiedziałam z uśmiechem – nie bądź taki nachalny, może innym razem przystojniaku zaproszę cię na miseczkę mleka, może się nawet zaprzyjaźnimy, oczywiście jak zechcesz i jak będziesz tu do mnie wpadał częściej. I znowu dał się podrapać za uszkiem, pogłaskać i nagle odwrócił się i zwinnie zeskakując ze schodów odszedł spokojnie tylko w sobie znanym kierunku. Ja stałam zachwycona tym niespodziewanym spotkaniem i patrzyłam za nim jak odchodził.
Chyba polubiłam koty, bo tęsknię za nim, marzę o ponownym spotkaniu z tym kocim poliglotą (?), no bo przecież „rozmawialiśmy” ze sobą po polsku. Hmm ..!? To na pewno był kosmita. Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia.
Tak myśląc i wspominając tamto zdarzenie, zaczęłam przyglądać się zniewolonemu kotkowi uważniej i nagle poczułam ulgę – to nie był on, to nie przystojniak z mojej bajki. To tylko jakiś mały, czarny kotek z bardzo smutnymi oczami. Jakiś?? Hmm … , dziwne? – pomyślałam.
Wchodząc z powrotem do domu zaczęłam się zastanawiać nad losem nie tylko zniewolonych kotów, ale i ludzi i pytać samą siebie w myślach – jak to właściwie jest? Dlaczego los nieznajomych mniej nas obchodzi niż życie tych, których znamy i kochamy? Zagłębiłam się w moich myślach … ?? Może dlatego, że nic nie wiemy o ich istnieniu? „Czego oczy nie widzą, sercu nie żal.” Kogo nie znamy, o tego nie pytamy. W takim razie dlaczego niewiele jesteśmy w stanie zrobić dla drugiej istoty, gdy już zobaczymy całą jej „nagość” i beznadziejność położenia? Najczęściej spuszczając wtedy oczy i rozkładając ramiona, zawstydzeni odchodzimy do swojego życia, często z myślą – to w końcu nie jest mój problem i zresztą, co ja mogę? Nic! Przecież nie jestem w stanie całego świata zbawić i co najdziwniejsze – natychmiast czujemy się we własnych oczach usprawiedliwieni. Zapominamy!
Życie to jednak jest bezkresna dżungla, wygrywa w nim i z nim zawsze tylko najsilniejszy.
Przypomniałam sobie smutne oczy spotkanego rano małego kotka na uwięzi. Zrobiło mi się przykro, że nie mogłam nic dla niego zrobić. Zobaczyłam jak na dłoni swoją własną bezsilność, zrozumiałam, że nie zawsze i nie wszystko zależy jednak od nas samych, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz