Gdy wracałam do domu któregoś dnia tego tygodnia, chyba w środę zobaczyłam przed bramą mojego ogrodu jeża. Ucieszyłam się jego widokiem jakbym wygrała na loterii.
- Och jesteś! Znalazłeś drogę do domu! Tak się cieszę, że znowu jesteś. Tak bardzo się cieszę. Witam cię i mam nadzieję, że z czasem przyprowadzisz do swojego rodzinnego domu również żonę i dzieci – mówiłam już do chowającego się szybciutko w rabacie jeżyka.
Zaraz opowiem dlaczego widok jeża sprawił mi tyle radości.
Mój ogród, zanim jeszcze projektant ogrodów w nim zamieszał, był domem rodziny jeży. Mieszkały sobie w nim i czuły się świetnie kompletnie nas ludzi ignorując albo najzwyczajniej akceptując jako współmieszkańców zajmowanego przez nie terytorium. Zawsze późnym wieczorem wychodziły na spacer, albo na łowy z sobie tylko znajomego kącika w ogrodzie, który zamieszkiwały. Trudno było to wyśledzić, zresztą po co? Przechodziły po przekątnej ogrodu tuptając z jednej jego strony na drugą gęsiego. Rodzice z przodu i z tyłu, a dwójka małych w środku miedzy nimi. Był to dziwny i zastanawiający widok ponieważ zawsze myślałam, że jeże to samotnicy. Moja suczka na ich widok zaczynała szaleć. Podbiegała do jeży szczekając i często kłując się w nos o zwinięte w kolczaste kuleczki jeże, odskakiwała od nich z jeszcze większym hałasem. Po czym na powrót podbiegała do czterech najeżonych piłeczek i próbowała się do nich dobrać. Na moją komendę odstępowała od jeży aczkolwiek bardzo niechętnie.
Wpadłam na pomysł, żeby oswoić zwierzaki ze sobą. Gdy jeże co wieczór pokonywały tą samą drogę przez ogród zakładałam mojej suczce smycz i powolutku podchodziłam z nią do jeży. Te natychmiast przyjmowały pozycję obronną zwijając się w iglaste kulki. Z czasem przyzwyczaiły się również do obecności w ogrodzie mojej suczki, a ona do jeży. Już nie szczekała na nie, one się jej nie bały, chociaż wyraźnie można było zauważyć, że panowała nad sobą z trudem. Patrzyła raz na mnie, raz na jeże, raz na mnie, raz na jeże jakby chciała nas zapewnić, że z jej strony nic małym, sympatycznym współlokatorom naszego ogrodu nie grozi. Tylko spuść mnie ze smyczy, błagała oczami.
- Nic z tego moja droga! Nie wolno ci straszyć jeży! Ten ogród jest też ich domem.
Lubię widzieć zarówno te wszystkie dziko żyjące, jak i domowe zwierzęta mieszkające lub tylko odwiedzające mój ogród. Dla mnie są to zawsze mili goście. Srokom postawiłam dużą donicę wypełnioną wodą w rabacie pod płotem naprzeciwko okna z jadalni. Miło jest patrzeć jak przylatują do niej by się napić w upalne dni i przy okazji wziąć w niej kąpiel. Jest jednak ktoś kto cały czas sabotuje srokom ich SPA przewracając donicę i wylewając z niej wodę. To przepiękny, biały jak niedźwiedź polarny, kocur. Upodobał sobie tę złośliwą zabawę ze srokami, no i oczywiście mój ogród, a mieszka naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy. Teraz, już od dwóch tygodni goszczę u siebie piękną rottweilerkę i kocur nie przychodzi drażnić się ze srokami. Chyba się boi wczasującej u mnie suczki, która, co tu kryć, zawładnęła nie tylko moim ogrodem, ale i sercem. Jest cudna i tak bardzo dobrze wychowana, no i oczywiście bardzo sobie przypadłyśmy do gustu. Lubimy się! No ale o tym wspomniałam tak tylko na marginesie. Tematem głównym mojego dzisiejszego wpisu jest historia jeży. :) Że też zawsze musze skręcać na boki, gdy coś opowiadam!? To przez to, że okropna gaduła ze mnie. Przepraszam! :D
W czasie gdy projektant ogrodów buszował w moim ogrodzie jeże gdzieś przepadły. Martwiłam się o nie. Już myślałam, że na dobre z niego zniknęły. Prawdę mówiąc brakowało mi tych naszych małych, sympatycznych współlokatorów. Powoli jednak zaczynałam się godzić z myślą, że odeszły gdzieś na zawsze, aż tu nagle pojawił się jeden znowu, o czym wspominam na początku tego tekstu. Myślę, że jest to jeden z młodych, widywany przeze mnie przed przebudową ogrodu, który wrócił na „ojcowiznę”. :D
To dobrze! Tak bardzo się cieszę! Jego powrót to dobra wróżba, bo ponoć jeże przynoszą ze sobą szczęście. Oby tak było naprawdę, bo kto nie potrzebuje w dzisiejszych niczego nie pewnych czasach odrobiny szczęścia? :D
- Och jesteś! Znalazłeś drogę do domu! Tak się cieszę, że znowu jesteś. Tak bardzo się cieszę. Witam cię i mam nadzieję, że z czasem przyprowadzisz do swojego rodzinnego domu również żonę i dzieci – mówiłam już do chowającego się szybciutko w rabacie jeżyka.
Zaraz opowiem dlaczego widok jeża sprawił mi tyle radości.
Mój ogród, zanim jeszcze projektant ogrodów w nim zamieszał, był domem rodziny jeży. Mieszkały sobie w nim i czuły się świetnie kompletnie nas ludzi ignorując albo najzwyczajniej akceptując jako współmieszkańców zajmowanego przez nie terytorium. Zawsze późnym wieczorem wychodziły na spacer, albo na łowy z sobie tylko znajomego kącika w ogrodzie, który zamieszkiwały. Trudno było to wyśledzić, zresztą po co? Przechodziły po przekątnej ogrodu tuptając z jednej jego strony na drugą gęsiego. Rodzice z przodu i z tyłu, a dwójka małych w środku miedzy nimi. Był to dziwny i zastanawiający widok ponieważ zawsze myślałam, że jeże to samotnicy. Moja suczka na ich widok zaczynała szaleć. Podbiegała do jeży szczekając i często kłując się w nos o zwinięte w kolczaste kuleczki jeże, odskakiwała od nich z jeszcze większym hałasem. Po czym na powrót podbiegała do czterech najeżonych piłeczek i próbowała się do nich dobrać. Na moją komendę odstępowała od jeży aczkolwiek bardzo niechętnie.
Wpadłam na pomysł, żeby oswoić zwierzaki ze sobą. Gdy jeże co wieczór pokonywały tą samą drogę przez ogród zakładałam mojej suczce smycz i powolutku podchodziłam z nią do jeży. Te natychmiast przyjmowały pozycję obronną zwijając się w iglaste kulki. Z czasem przyzwyczaiły się również do obecności w ogrodzie mojej suczki, a ona do jeży. Już nie szczekała na nie, one się jej nie bały, chociaż wyraźnie można było zauważyć, że panowała nad sobą z trudem. Patrzyła raz na mnie, raz na jeże, raz na mnie, raz na jeże jakby chciała nas zapewnić, że z jej strony nic małym, sympatycznym współlokatorom naszego ogrodu nie grozi. Tylko spuść mnie ze smyczy, błagała oczami.
- Nic z tego moja droga! Nie wolno ci straszyć jeży! Ten ogród jest też ich domem.
Lubię widzieć zarówno te wszystkie dziko żyjące, jak i domowe zwierzęta mieszkające lub tylko odwiedzające mój ogród. Dla mnie są to zawsze mili goście. Srokom postawiłam dużą donicę wypełnioną wodą w rabacie pod płotem naprzeciwko okna z jadalni. Miło jest patrzeć jak przylatują do niej by się napić w upalne dni i przy okazji wziąć w niej kąpiel. Jest jednak ktoś kto cały czas sabotuje srokom ich SPA przewracając donicę i wylewając z niej wodę. To przepiękny, biały jak niedźwiedź polarny, kocur. Upodobał sobie tę złośliwą zabawę ze srokami, no i oczywiście mój ogród, a mieszka naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy. Teraz, już od dwóch tygodni goszczę u siebie piękną rottweilerkę i kocur nie przychodzi drażnić się ze srokami. Chyba się boi wczasującej u mnie suczki, która, co tu kryć, zawładnęła nie tylko moim ogrodem, ale i sercem. Jest cudna i tak bardzo dobrze wychowana, no i oczywiście bardzo sobie przypadłyśmy do gustu. Lubimy się! No ale o tym wspomniałam tak tylko na marginesie. Tematem głównym mojego dzisiejszego wpisu jest historia jeży. :) Że też zawsze musze skręcać na boki, gdy coś opowiadam!? To przez to, że okropna gaduła ze mnie. Przepraszam! :D
W czasie gdy projektant ogrodów buszował w moim ogrodzie jeże gdzieś przepadły. Martwiłam się o nie. Już myślałam, że na dobre z niego zniknęły. Prawdę mówiąc brakowało mi tych naszych małych, sympatycznych współlokatorów. Powoli jednak zaczynałam się godzić z myślą, że odeszły gdzieś na zawsze, aż tu nagle pojawił się jeden znowu, o czym wspominam na początku tego tekstu. Myślę, że jest to jeden z młodych, widywany przeze mnie przed przebudową ogrodu, który wrócił na „ojcowiznę”. :D
To dobrze! Tak bardzo się cieszę! Jego powrót to dobra wróżba, bo ponoć jeże przynoszą ze sobą szczęście. Oby tak było naprawdę, bo kto nie potrzebuje w dzisiejszych niczego nie pewnych czasach odrobiny szczęścia? :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz