Całe nasze życie, to zaledwie mgnienie oka, to ułamek sekundy czasowej nieskończoności na skali istnienia.
98 lat miała moja prababcia, gdy zasnęła w śmierci. Jeszcze dzień wcześniej, jak zwykle, dbała o wygody wszystkich domowników, wydawałoby się, że była wiecznie młoda i nie do zdarcia, czym zadziwiała otaczający ją świat. Zdrowa, zwinna jakby miała dopiero 25 lat. Pełny, biały uśmiech, który nigdy nie widział stomatologa podkreślał jej zawsze pogodne, gładkie jak na taką seniorkę oblicze. Lubiła z siebie dawać, lubiła czuć się potrzebną, nigdy nie odkładała do jutra tego co miała zrobić dziś. Zawsze w ruchu, zawsze czymś zajęta. Narzekanie nie było jej bajką, mimo iż przeżyła tak bardzo wiele i widziała nie jedną okropność i to nie tylko podczas wojennej zawieruchy. Była damą, chociaż zanurzona w czynnościach zwykłej kobiety. Była jedną wielką miłością, której to miłości nie szczędziła tym, których kochała. Gdy w wieku bardzo młodym została wdową z trójką dzieci nigdy już nie wyszła ponownie za mąż, poświęciła siebie tej trójce, a oni w zamian wypełnili jej życie radością. Umarła z uśmiechem na twarzy, tak cicho i spokojnie, tak pogodnie jak pogodne mimo wszystko było jej życie, które nie wiadomo kiedy przeleciało, co jeszcze gdy żyła, sama często podkreślała.
- Życia szkoda na nic nie robienie, kręć się, kręć dziecino by tego ułamka sekundy, w którym żyjesz i kręcić się możesz nie zmarnować - mówiła do mnie jednocześnie częstując mnie i siebie landrynkami, cukierkami ludzi młodych, jak je nazywała, figlarnie puszczając przy tym oczko do mnie. :D
I taką ją pamiętam, jako osobę młodą, mimo pięknego wieku, która dobrze spożytkowała swój ułamek sekundy trwający niespełna 100 lat. W tym momencie nachodzi mnie refleksja: gdy się ma naturę pogodną i życzliwą i gdy nie boimy się i nie wstydzimy się ujawniać tego dzieciorka, który ciągle jest w nas, to nie starzejemy się mimo przybywających nam lat.
98 lat miała moja prababcia, gdy zasnęła w śmierci. Jeszcze dzień wcześniej, jak zwykle, dbała o wygody wszystkich domowników, wydawałoby się, że była wiecznie młoda i nie do zdarcia, czym zadziwiała otaczający ją świat. Zdrowa, zwinna jakby miała dopiero 25 lat. Pełny, biały uśmiech, który nigdy nie widział stomatologa podkreślał jej zawsze pogodne, gładkie jak na taką seniorkę oblicze. Lubiła z siebie dawać, lubiła czuć się potrzebną, nigdy nie odkładała do jutra tego co miała zrobić dziś. Zawsze w ruchu, zawsze czymś zajęta. Narzekanie nie było jej bajką, mimo iż przeżyła tak bardzo wiele i widziała nie jedną okropność i to nie tylko podczas wojennej zawieruchy. Była damą, chociaż zanurzona w czynnościach zwykłej kobiety. Była jedną wielką miłością, której to miłości nie szczędziła tym, których kochała. Gdy w wieku bardzo młodym została wdową z trójką dzieci nigdy już nie wyszła ponownie za mąż, poświęciła siebie tej trójce, a oni w zamian wypełnili jej życie radością. Umarła z uśmiechem na twarzy, tak cicho i spokojnie, tak pogodnie jak pogodne mimo wszystko było jej życie, które nie wiadomo kiedy przeleciało, co jeszcze gdy żyła, sama często podkreślała.
- Życia szkoda na nic nie robienie, kręć się, kręć dziecino by tego ułamka sekundy, w którym żyjesz i kręcić się możesz nie zmarnować - mówiła do mnie jednocześnie częstując mnie i siebie landrynkami, cukierkami ludzi młodych, jak je nazywała, figlarnie puszczając przy tym oczko do mnie. :D
I taką ją pamiętam, jako osobę młodą, mimo pięknego wieku, która dobrze spożytkowała swój ułamek sekundy trwający niespełna 100 lat. W tym momencie nachodzi mnie refleksja: gdy się ma naturę pogodną i życzliwą i gdy nie boimy się i nie wstydzimy się ujawniać tego dzieciorka, który ciągle jest w nas, to nie starzejemy się mimo przybywających nam lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz