czwartek, 29 sierpnia 2013

Jaka jest prawda?

Prawda jest taka, że mamy kryzys na wszystko i we wszystkim:

Kryzys ekonomiczny, polityczny, gospodarczy, kulturowy, tradycji, wiary, kryzys emocjonalny, rodzinny i obyczajowy. Mamy kryzys człowieka XXI wieku, wieku ogromnego rozwoju techniki i medycyny, ale jednocześnie cofnięcia się ludzi o cały wiek wstecz. Rośnie bezrobocie, beznadzieja, przepaść między biednymi a bogatymi. Ci pierwsi toną w nędzy, ci drudzy pławią się w przesycie wszystkiego. Tym pierwszym brakuje chleba, tym drugim wszystkiego ciągle jest za mało i ich pragnienie posiadania popycha ich ku coraz to gorszemu. Mamy też nadmiar ludzi na naszym ziemskim globie i chociaż ziemia mogłaby wyżywić ich wszystkich, to pazerni twierdzą zgoła coś innego, dlatego usilnie pracują nad tym by pozbyć się nadwyżki w ludziach na różne sposoby. Kilka z nich to:

Dążenie do zalegalizowania aborcji i związków partnerskich, czyli legalnego zahamowania przyrostu naturalnego człowieka. Jednak każdy medal ma dwie strony o czym rządzący nie chcą pamiętać. W krajach wysoko rozwiniętych taka polityka doprowadziła do katastrofalnego niżu demograficznego, co przymusiło te starzejące się społeczeństwa do otworzenia swoich granic przynajmniej na jakiś okres (UE), by zwabić do siebie swoim dobrobytem ludzi młodych z krajów nowo „demokratycznych” w celu utrzymania swojego egoistycznego wysokiego statusu. Ktoś przecież musi pracować i utrzymywać płaceniem podatków wymierające powoli dinozaury i zadbać o nich w czasie ich starczej niedołężności. Brakuje własnych dzieci, to trzeba przywłaszczyć sobie cudze, nawet kosztem ich starych rodziców i kosztem upadku wielu społeczeństw. Najlepiej do tego nadają się ludzie z Europy wschodniej, pracowici i o podobnej kulturze. Podobny eksperyment z narodami Bliskiego Wschodu nie zdał egzaminu, bo i ludzie niezbyt pracowici, kultura zbyt odległa i mentalność z zupełnie innej bajki. Co prawda ludzi na Ziemi ciągle przybywa, ale nie wszyscy są pożądani. Tych niechcianych, zbyt biednych by mogli się rozwijać i na coś przydać, młodych i starych schorowanych rządzące dinozaury, chociaż same już stare i schorowane nie chcą. Tych trzeba się pozbywać różnymi sposobami, bo nie ma z nich żadnego pożytku.

Dążenie do zalegalizowania eutanazji, oczywiście nie w przypadku bogaczy. Im bardzo trudno jest się rozstać z tym światem dlatego na wszystkie możliwe sposoby będą sobie przedłużać życie i za każdą cenę, nawet za cenę życia ludzi młodych sprzedających swoje młode, zdrowe organy, by pomóc swoim rodzinom w przedłużeniu ich wegetacji przynajmniej na jakiś czas. Takim rynkiem ludzkich części zamiennych są najczęściej kraje rozwijające się, ludzie żyjący w skrajnej nędzy.

Prywatyzowanie opieki zdrowia, ograniczanie refundacji leków, co pozbawia ludzi biednych i starych możliwości leczenia się, czyli zwiększa ich umieralność. Przecież o to właśnie rządzącym chodzi. Zmniejszać koszty kosztem ludzi najsłabszych w społeczeństwie. Wyeliminować nie przydatnych.

Przymusowe wysiedlanie ludzi młodych z ich rodzinnych stron przy pomocy likwidowania przemysłu i idiotycznych przepisów hamujących prywatną inicjatywę osób kreatywnych, a więc pozbawienia ludzi możliwości zarobkowych, co jest skutecznym sposobem na przepędzenie niechcianej nadwyżki demograficznej krajów nowo demokratycznych przy jednoczesnym wylewaniu krokodylich łez nad brakiem przyrostu naturalnego. To taki teatr dla ubogich zafundowany przez miłościwie nam panujących.

Wywoływanie wojen to tu, to tam w krajach słabo rozwiniętych, przy jednoczesnym graniu dobrych wujków sponsorujących „charytatywnie” dosięgnięte nieszczęściem kraje. Wszystko to jest grą mającą na celu redukcję ludzi. Słabych, starych, schorowanych nie nadających się już do niczego pozbyć się, a pozostawić jedynie młodych i silnych jako siłę roboczą bez perspektyw dożycia emerytury, ponieważ ich nadmierna eksploatacja uniemożliwi im dożycie do niej, tym bardziej, że wiek emerytalny coraz bardziej będzie się wydłużał. UWAGA! Jesteś chory? Nie przyznawaj się do tego! Przyznanie się grozi UTYLIZACJĄ!
  

Liczy się tylko kasa


Tam gdzie w grę wchodzą ogromne pieniądze nie ma znaczenia religia, człowieka pochodzenie, jego narodowość, czy światopogląd. Liczy się tylko kasa. Wszystko inne, jak: RÓWNOŚĆ - WOLNOŚĆ - DEMOKRACJA, a więc walka o wolność, której tak naprawdę i moim zdaniem nie ma i nigdy nie będzie (rosnąca totalna inwigilacja), to są iluzje wymyślone przez elity dla całej reszty pospólstwa, czyli zwykłych śmiertelników jak my. To są „narkotyki” mające utrzymywać nas w amoku, a więc w przekonaniu, że mamy jakieś prawa, że walczymy o swoje dobro i o dobro naszych przyszłych pokoleń. W rezultacie tylko coraz bardziej pogarszamy naszą sytuację i pozbawiamy siebie powoli acz skutecznie wszystkich praw, które już kiedyś wywalczyli nasi przodkowie. Jest to oszustwo XXI wieku na skalę ogólnoświatową, uwite jak pajęczynka byśmy przypadkiem nie wymknęli się z niej i nie zapragnęli tego, co jest od dawien dawna OWOCEM ZAKAZANYM dla zwykłego człowieka, a przywilejem dla światowych elit, a więc poczucia, że jesteśmy pełnowartościowymi ludźmi mającymi również prawa, a nie tylko obowiązki.

BÓG HONOR OJCZYZNA

BÓG – wiara w Niego jest zwalczana dzisiaj na różne sposoby, wydrwiwana;
HONOR – dzisiaj jest to coraz bardziej deficytowy towar;
OJCZYZNA - zakazany i tępiony już dzisiaj, poprzez wyśmiewanie go, patriotyzm – miłość do swojej ziemi, ziemi swoich przodków, co przez rządzące współczesne elity, nie tylko światowe, jest określane mianem NIENORMALNOŚCI i ZACOFANIA.

Być obywatelem świata to jest coś! - tylko co to tak naprawdę znaczy? To znaczy ni mniej ni więcej jak tylko być bezpaństwowcem, człowiekiem wszędzie obcym, człowiekiem bez korzeni. Taki ktoś nigdy nie będzie się upominał o coś takiego jak OJCZYZNA, tym samym dla elit drzwi zostały otwarte, mogą grabić ile chcą i gdzie chcą i to całkowicie bezkarnie.

Dzisiejszy świat nie ma się dzielić na Narody, wg nich, ale na rządzących i rządzonych, czyli ELITY FINANSJERY i GOJE, czyli niewolników tych elit. To właśnie zjawisko, moim zdaniem, nazywa się - GLOBALIZACJA, w której religią bez wiary w Boga, ma być „demokracja” z wiarą w wolność, która to wolność dla mnie osobiście jest podobną abstrakcją jak dla ateisty istnienie Boga. Nie może być bowiem mowy o wolności tam, gdzie każdy krok człowieka jest inwigilowany na różne sposoby i każde jego posunięcie okrajane niedorzecznymi przepisami, przez co jest on ubezwłasnowolniany. Nawet Bóg sam nie zniewala aż do takiego stopnia człowieka, ponieważ obdarował go zaufaniem i ograniczył tylko DEKALOGIEM – dziesięcioma przykazaniami, w których zawarte jest całe jego prawo. Dał człowiekowi możliwość podejmowania samodzielnych decyzji obdarowując go wolną wolą, czyli prawdziwą wolnością decydowania o samym sobie.
 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Być kobietą

Być kobietą! Co właściwie oznaczają te słowa w czasach, gdy wszystko co ma związek z płcią jakby się zaciera, nie ma większego znaczenia. Kobiety zachowują się jak mężczyźni, mężczyźni przyjmują postawę kobiet. Mam tu na myśli nie orientację seksualną, ale zwyczajne codzienne zachowania, które zamazują różnice między mężczyznami i kobietami, a raczej powiedziałabym podkreślają rolę kobiety jako siłaczki, tej, co dźwiga na swoich barach nie tylko to, co jej natura przypisała jako kobiecie, ale i to, co przyjęło się uważać należy do powinności mężczyzn. Świat oszalał, czy tylko stał się bardziej otwarty i dlatego dzisiaj możemy dostrzec to, co dawniej było jakby przykryte niewidzialnym kurzem najzwyklejszej kołtunerii?

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Rzeczywistość i prawda

Istotą tych dwóch jest sprzeczność, wynikiem której są nieustanne zmiany, umieranie i rodzenie się czegoś od nieskończoności do nieskończoności, a więc ciągły rozwój. Prawdziwe życie, w którym nie może być miejsca na zastój aby świat nie runął, nie zamienił się w kupę gruzów! Teraźniejszość jest w nim tylko ułamkiem chwili, mostem pomiędzy przeszłością a przyszłością. Rzeczywistość i prawda jest zatem motorem rozwijania się człowieka, jego ducha, indywidualności i natury. To jest rozwój nie tylko jego filozoficznego myślenia, to jest opierający się na ciągłym i wzajemnym ścieraniu się naturalnych przeciwieństw rzeczywisty rozwój społeczeństw, świata i postępu historycznego. Człowiek dziś, już jest człowiekiem wczoraj, który wpatrzony jest w jutro. Jest to nieskończona prawda, myślę, potwierdzana każdą chwilką istnienia – rzeczywistość!

Z samego rana filozofuję sobie odrobinkę, bo właśnie mam taką potrzebę, bo chcę samej sobie coś wytłumaczyć, wyjaśnić, coś zrozumieć, aby łatwiej mi było zaakceptować kolejną zmianę w moim życiu, które jest małą chwilką w nieskończoności, zgoda! - ale nie dla mnie. Dla mnie jest to moje ograniczone początkiem i końcem pięć minut, którego nie chcę tak do końca zmarnować.
    

piątek, 23 sierpnia 2013

Rozliczajmy polityków

Jak zmusić polityków do przejrzenia na oczy?
Jest tylko jeden sposób – obniżyć ich zarobki do najniższej stawki. Ponieważ do póki nie poczują na własnej skórze jak to jest radzić sobie w życiu za tak śmieszną sumę cały miesiąc, do póty nie zrozumieją uciskanych przez siebie zwykłych zjadaczy chleba swoimi nieprzemyślanymi, głupimi ustawami i nic się nie zmieni. W końcu politycy i tak za nic nie muszą płacić. Wszystkimi kosztami obciążają budżet państwa, mówiąc innymi słowami, nas podatników. Mają więc wszystko za darmo łącznie z przejazdami i obiadkami. Po co im zatem tak wysokie wynagrodzenia, jakie pobierają w tej chwili?

Pałace w dzisiejszych czasach powinny spełniać rolę muzeów i ewentualnie placówek do podejmowania zagranicznych gości na wysokim szczeblu, a nie mieszkań nawet dla prezydenta. Prezydent to nie król, to tylko na kilka lat wybrany przez społeczeństwo jego przedstawiciel, który postawił sobie za cel służbę dla Narodu. Jako więc służący tego Narodu powinien mieszkać w warunkach takich samych jak reszta tegoż Narodu. Wtedy jego myślenie nie zostanie skrzywione. Zamiast wydawać państwowe środki na swoje luksusy i fanaberie, przeznaczy je tam, gdzie są one bardziej potrzebne, np. na podwyżkę bieda emerytur, tak by ten stary, schorowany i wysłużony w budowie wspólnego państwa człowiek miał za co żyć, gdy już kupi potrzebną mu medycynę, by nie był zmuszony wybierać pomiędzy medycyną, a jedzeniem. Chyba mu się to należy, nie?

W czasach nam obecnych polityka stała się swojego rodzaju biznesem, co jest nie zgodne z sensem jej istnienia. Dzisiejsi politycy, moim zdaniem, to pasożyci żerujący na swoich narodach. Zamiast uzdrawiać gospodarkę i poprawiać status swoich narodów, wyniszczają je. Świadomie spisują je na straty. Jedyne o co dbają, to jest ich własny byt, ich zasobne kieszenie. Nie mam nic przeciwko temu, że dbają o siebie, ale dlaczego robią to kosztem podatnika?

Weźmy np. pod uwagę podnoszenie wieku emerytalnego dla zwykłego śmiertelnika podczas gdy oni sami już po skończonej kadencji nadal pobierają wysokie gaże za nic nierobienie. Jak nazwać to zjawisko? Jest to przedwczesna emerytura czy najzwyczajniejsza w świecie kradzież? Skoro obywatele są zmuszani do dożywotniej pracy, to dlaczego nie przymusza się do niej politycznych darmozjadów?

Czy nie byłoby sprawiedliwiej w tym sprawiedliwym demokratycznym świecie (?), gdyby jaśnie wielmożni panowie politycy od siedmiu boleści i jeszcze jednej po skończonej kadencji byli zobowiązani wracać do normalnego życia pracy i zarabiać, jak każdy inny obywatel, na swoje utrzymanie aż do osiągnięcia wieku emerytalnego? Może wtedy nie przyszłoby im nawet do głowy okradanie swoich społeczeństw nie tylko z siły roboczej (praca na śmieciowych umowach), ale i prawa do korzystania w ostatnich latach swojego życia z wypracowanej emerytury, co zresztą już kiedyś wywalczyli nasi przodkowie dla nas, opłacając to swoją krwią i to ponoć w niedemokratycznych systemach. Hmm!?

Wszyscy politycy, uważam, powinni po skończonych kadencjach pracować aż do emerytury w zawodach, z których startowali jako posłowie, a nie obciążać podatników i skarb państwa dożywotnimi emeryturami, do których to emerytur wymyślili sobie pozbawić dostępu resztę spracowanego narodu. W końcu, moim zdaniem, nie ma powodu ich dożywotnio nagradzać za nic nierobienie, a co gorsze, za wyraźne działanie na szkodę własnych narodów.

Wystarczy, tak myślę, ograniczyć politykom ich wolność korzystania z budżetu państwa, na który w końcu pracuje całe społeczeństwo danego kraju i pozbawić ich niezasłużonych przywilejów po skończonych kadencjach, a efekt będzie natychmiastowy i zauważalny w tym, że niewielu żyjących obecnie na społecznym garnuszku politykierów zostanie w polityce. Nie będą mieli w tym biznesu złodzieje, to nie będą się pchać do czegoś o czym nie mają zielonego pojęcia, nie będą wtedy działać na szkodę własnego państwa i narodu. A jaka przy tym będzie to oszczędność!!

Ci politycy, którzy po takich reformach zostaną, będą prawdziwymi politykami, takimi z powołania, dla których dobro własnego kraju jest rzeczywiście najwyższym celem. Tacy politycy, którym zależy na swojej Ojczyźnie będą robić wszystko dla niej, bez względu na korzyści własne. I takich właśnie polityków potrzebujemy dzisiaj, moim zdaniem.

środa, 21 sierpnia 2013

Człowiek ma większą wartość

Człowiek ma większą wartość niż tylko siły roboczej.

Ja o tym wiem, może Ty i On o tym wie i jeszcze ktoś. I dobrze, to cieszy! Zastanawia mnie tylko dlaczego rządzący o tym zapominają? Dlaczego nie dbają o swój Naród? Ani o ludzi starych, ani o młodych. Szczególnie tych drugich traktują jak towar wyprodukowany dla przede wszystkim obcych. Taka strata!! Aż strach się bać pomyśleć, jakim skutkiem odbije się to na przyszłości kraju.

Kształcą ich, a później pozwalają by obcy wykorzystywali ten potencjał i to prawie za darmo. Marnotrawstwo dobra narodowego, czyż nie? Jego przyszłości! Gdzie jest program dla młodych, by zatrzymać ich w kraju? Ach tak! Jeszcze się nie narodził. Pseudo politycy są bezpłodni. Ich mózgownice są otępiałe, nie potrafią niczego wymyślić, nie potrafią myśleć przyszłościowo. To zarządzające naszym państwem jest stado baranów.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Politykiem być

Dlaczego bankier jest bankierem? Bo zna wartość pieniądza i okazuje mu szacunek.
Dlaczego mówi się, że czas to pieniądz? Bo straconego czasu, podobnie jak i pieniędzy już się nie odzyska.
Dlaczego mówi się, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem? Bo lepiej jest milczeć niż powiedzieć coś, czego nie da się już odwrócić.

I to ostatnie dotyczy wszystkich polityków. Prawdziwy polityk powinien być też i taktykiem. To jest wręcz niedopuszczalne, aby wypowiadał bezkrytycznie wszystko, co pomyśli jego głowa. Na taki luksus może sobie pozwolić prosty człowiek, którego usprawiedliwieniem jest jego prostota. Polityk niestety, z tego luksusu nie może korzystać, bowiem to co dla prostego człowieka jest luksusem, dla polityka jest tylko obnażeniem jego niekompetencji bycia właśnie politykiem.

Wypowiedziane słowo, to wypowiedziane słowo, nie pozostaje bez echa szczególnie wtedy, gdy wypowiadane jest przez osobę publiczną. Wszystkim zapewne jest wiadome, że słowo albo buduje relacje, albo je rujnuje. Wypowiadanie zatem przez polityka nieprzemyślanych myśli mogę przyrównać do kopania sobie przez niego samego grobu dla siebie samego. Raz utraconego zaufania tak łatwo nie można odzyskać, a często jest to w ogóle nie możliwe. Dlatego polityk, który nie potrafi ujarzmić swojego języka, w moim pojęciu nie jest politykiem.

Komu więcej dano, od tego też ma się prawo więcej wymagać! Polityka to misja, moim zdaniem, a polityk jest jak misjonarz, powinien mieć przed oczami wyższe cele i do nich zmierzać. Ponieważ jest na świeczniku, jest widoczny. Każdy jego ruch, każde słowo nie ujdzie uwagi tych, których uwagę chce on przykuć i których chce do swojej wizji przekonać. Każdy fałszywy ruch wraca do niego jak bumerang, tylko że uderza w niego ze zdwojoną siłą. Politykiem, uważam, nie można być z nabytku, politykiem trzeba się urodzić, tym bardziej przywódcą.
 

Wybór

Zwyczajność, zaczyna być abstraktem dzisiaj. To deficytowy jest towar. Życie jest nieustanną walką dobra ze złem, nieustannym pomiędzy nimi wyborem. Śmieszne?

Dekalog pozwala nam rozpoznać jedno i drugie, a pokorne serce uznaje swoją niedoskonałość, rozumie i nie wymaga od siebie rzeczy niemożliwych, nie zrzuca też swoich win na innych. Jesteśmy dokładnie takimi jakimi chcemy być. Sami dokonujemy wyboru w tym względzie.

Chcę być nie uprzejma, arogancka? To taka będę. Chcę być złodziejką, narkomanką? To mogę nią być. Chcę być leniem i pasożytem? Nic prostszego! Chcę nienawidzić wszystkich i wszystkiego, złorzeczyć, bluźnić, cudzołożyć, zdradzać przyjaciół? Proszę bardzo! To przecież takie łatwe i proste! Tu nie trzeba żadnego wysiłku.

Ale jeżeli chcę być człowiekiem uczciwym, lojalnym, którego tak znaczy tak, a nie znaczy nie, jeżeli chcę być człowiekiem pracowitym, dobrym, dbającym o rodzinę, idącym za tym co szlachetne, to już nie jest to takie łatwe. To wymaga ogromnego nakładu pracy i wysiłku, dyscypliny, samozaparcia, obowiązkowości i odpowiedzialności za siebie, a przede wszystkim empatii. To wymaga w dzisiejszych czasach płynięcia pod prąd.

Właśnie dlatego wielu ludzi wybiera tą pierwszą drogę, bo jest łatwiejsza, a w razie czego można winą za swoje marne życie obarczyć Boga, bo „przecież” takim mnie stworzył (?). Biedny ja! Ofiara losu! (?) Tak! Ofiara, ale nie losu, a na własne życzenie?

Tym czasem i moim zdaniem wielkość człowieka objawia się w tym, że wie on jak bardzo jest małym. Przy tym sam ponosi konsekwencje swojego postępowania nie szukając winnych, a Bogu i bliźnim mówi przepraszam! Sobie wybacza swoją niedoskonałość nie szukając jednak w niej usprawiedliwienia swoich złych wyborów.

„Jestem pijakiem, bo mój ojciec był pijakiem!” Miałem zły przykład w domu! Biedny ja! BZDURA, BZDURA i jeszcze raz BZDURA! Jesteś alkoholikiem, bo po prostu chcesz nim być!

Każdy człowiek jest w posiadaniu wolnej woli, z której może robić dokładnie taki użytek, jaki chce. Wybór należy do niego, a dobre przykłady do naśladowania można ciągle jeszcze znaleźć wszędzie. "Problem" jednak leży w tym, że te dobre przykłady postępują według tego co jest dobre i szlachetne wbrew wszystkim i wszystkiemu, chociażby było to w oczach tak zwanych ludzi postępowych głupie, śmieszne i nie modne. Płynąć pod prąd w dobie obecnej nie jest łatwe, ale na pewno możliwe.
 

sobota, 17 sierpnia 2013

Ludzie ciągle piszą

Piszą i piszą. Wydaje się, że mają sobie tyle do powiedzenia. Dlaczego więc przy spotkaniu pierwszego stopnia nie wiele mówią? Nawet nie wiedzą co mają ze sobą robić, stają się jakby nie z tej ziemi – oderwani jacyś. Kiwając głową na dźwięk mowy jednocześnie stukają palcami w próżni, jakby w niewidzialną klawiaturę uderzali. Są, a jakby byli nie obecni. Zamknięci w świecie wirtualnym do którego natychmiast tęsknią przy każdym z nim rozstaniu. Rzeczywistość stała się abstraktem, coraz ciężej jest im ją pojąć. Komputery to ich małe ojczyzny w świecie nierealnym, zamieszkałe przez komputeroludki przeróżnej maści. Digitalowy świat, digitalowe społeczeństwa, digitalowe rodziny, znajomi, przyjaźnie, digitalowa miłość i digitalowe złudzenie szczęścia. To chyba jakaś pandemia zabijająca normalność!?

Pisze ktoś do ktosia, ktoś ktosiowi odpowiada i tak sobie piszą od świtu do nocy i od nocy do świtu nie wiedząc nawet jaka za oknem jest pogoda. Czy to jeszcze dzień, czy może już noc? Piszą siedząc w domach, czekając na tramwaj, jadąc autobusem i nawet podczas spaceru wpatrzeni w mały ekran swoich komórek, „twarze” swoich digitalowych misiów. Realny świat zostaje w cieniu, jakby obok, jakby nie istniał. Marzę o prawdziwym, zwyczajnym człowieku. Czy może wie ktoś gdzie mogę go spotkać?

Komputeroludki listy do siebie piszą. Cały świat nabrzmiewa słowem niewypowiedzianym, puchnie od zapisywanych myśli, a ja tęsknię za żywym słowem mówionym przy mnie i tylko do mnie. Chcę znowu poczuć jego słodycz. Chyba na głowę upadłam – mieć takie nierealne marzenia!? Chyba zwariowałam!? A może pomyliłam planety i nie na tej co trzeba wylądowałam?

piątek, 16 sierpnia 2013

Zapach chleba

To za czym najbardziej tęsknię, gdy wspominam mój dom rodzinny, to zapach chleba i jego smak. Są niepowtarzalne, zupełnie inne niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Zapach chleba przypomina mi bajkę o mnie samej, a jego smak rozbudza najczulsze struny serca. Widzę biegającą i śmiejącą się dziewczynkę o blond włoskach gdzieś tam pod niebem błękitnym jak nigdzie indziej! Już jej nie ma, zniknął też ten beztroski uśmiech z jej twarzy i nie ma też tego błękitnego nieba nad nią. Być obcą, to przekleństwo chyba jakieś!?

Widziałam w Hamburgu młodych Polaków leżących na trotuarze i wpatrujących się w niebo jakby chcieli w nim dostrzec odbicie tego za czym tak bardzo tęsknili (nigdy się do tego nie przyznają), że aż tęsknota ta malowała się strachem na ich obliczach, że już nigdy nie zobaczą tego, czego tam, w górze wypatrywali.

Przeklęci bezdomni tułacze! Zostały im tylko cierpiące z miłości serca i blade, wychudzone oblicza z pustymi oczodołami, bo oczu w nich nie było chociaż były zapatrzone w próżnię obcego, nie przychylnego im nieba. Straszny to był widok i bolesny zarazem. Szukali raju, znaleźli piekło. I nawet ono przyjąć ich nie chciało.

Jestem pewna, że tęsknili za zapachem i smakiem chleba, którego na próżno szukali na obcej im ziemi.
   

Oblicza bez twarzy

Żeby mieć twarz trzeba wpierw poznać samego siebie – myślę - polubić i zaakceptować razem ze wszystkimi niedoskonałościami. Docenić to jakim się jest bez zbędnych porównań. Nagość każdego z nas najlepiej jest znajoma nam samym. To my wiemy, co siedzi w środku nas, czy jest to bestia, czy piękna?

Współczesnego człowieka twarz nie różni się niczym od twarzy innych ludzi! Jest taka sama jak miliony w tej globalnej wiosce, w której żyjemy, jest bezosobowa! Twarz bez twarzy – modna maska o barwach tęczy lub co gorsze całkiem bezbarwna. Nie ma jej! Stała się kompa ekranem, z którym najczęściej rozmawiamy. Wtopiła się w tło tolerancyjnej nietolerancji. Inny tak, ale inny od nas nie!

Generacja Y zuchwała i otwarta na nowe wyzwania, tolerancyjna na to co inne. Nie pragnie niczego bardziej niż żyć i doświadczać bez zbędnych ograniczeń. Bezpruderyjna, pozbawiona własnych myśli i własnych poglądów, pewna siebie, niecierpliwa z brakiem odpowiedzialności za własne czyny. Miliony twarzy w jednej i tej samej masce.

Aby mieć twarz trzeba nie wstydzić się swojej nagości, gdy zostanie ona obnażona, swojej własnej, a nie kopiowanej osobowości. I mam tu na myśli to jakimi jesteśmy tam wewnątrz, o tę nagość mi chodzi co w środku nas wije się i skręca w niepewności czy na tyle jest dopasowana do ogółu, że nikogo swą nagością nie przerazi, że będzie w stanie swoje i innych piękno rozpoznać i sama być rozpoznaną? Czy może jak sfrustrowana bestia ograbia siebie samą z piękna, bo nie jest w stanie rozpoznać go w sobie, a tym bardziej w innych. Bo niby jak ma to zrobić? Wpatrując się bez przerwy w komputera ekran? Nieprawdziwy świat, nieprawdziwe oblicza bez twarzy. Tolerancyjne na to co inne, nie mające odwagi na bycie innymi. Czy jest jeszcze ktoś, kto się nad tym dzisiaj zastanawia?

wtorek, 13 sierpnia 2013

Tak się zastanawiam

Czy o kobiety inteligencji świadczy tylko zgrabna garsonka i teczka pod pachą?

Przypadek czy cud?

Dzisiaj oglądałam interesujący film przyrodniczy o stworzeniach wodnych. Uderzyło mnie bogactwo form i gatunków zamieszkujących tak morza i oceany, jak i jeziora. Podziwiałam ten niesamowity świat zastanawiając się jednocześnie nad tym, jak to jest możliwe, żeby to wszystko było dziełem tylko jakiegoś tam przypadku? Bzdura!!

To nie może być żaden przypadek!

Przecież każde takie stworzenie, to, można powiedzieć, jest oddzielny kosmos, każda cząsteczka wody, w której one żyją, to też jest oddzielny kosmos. Wszystkie procesy, które w tym wodnym środowisku zachodzą, ich harmonia umożliwiająca wspólne istnienie tego wodnego i podwodnego świata, to wszystko jest samym w sobie kosmosem. To wszystko jest tylko potwierdzeniem istnienia czyjejś, niesamowitej inteligencji i mądrości, w dodatku bardzo niesamolubnej.

Życie to cud, którego dokonał nie przypadek, ale Stworzyciel wszechświata, którego ludzkość nazywa Bogiem. I to moim zdaniem jest najbardziej logiczna i zgodna z prawdą odpowiedź na pytanie jak powstało życie?
 

niedziela, 11 sierpnia 2013

"Galeria Ludzka"

Przywykłam mówić to co myślę i obdarzać niekłamanymi komplementami tych, którzy w moich oczach na to zasługują.

To prawda, że ideałów nie ma, tak jak i nie ma raju na ziemi. Możemy jednak się starać w pierwszym przypadku, a w drugim, jako rozumni ludzie próbować przynajmniej zmierzać do utworzenia jego namiastki. Poszukiwać najlepszych rozwiązań na zminimalizowanie problemów współczesnego świata. Hmm! Znowu odrywam się od rzeczywistości, ale proszę mi wierzyć, to nie jest naiwność, to jest mimo wszystko wiara w człowieka, w jego nadrzędność nad całym stworzeniem. A nadrzędność zobowiązuje przecież do posługiwania się inteligencją, którą tylko człowiek jest obdarzony. Instynkty i pazerne zachowania pozostawmy zwierzętom.

Od najmłodszych lat oprócz patrzenia na gwieździste niebo nocą, które mnie zachwycało i do dzisiaj zachwyca swoim nieskończonym pięknem, podziwiałam również człowieka jako najwspanialsze stworzenie Boga. Przecież, gdyby się głębiej zastanowić, to człowiek sam w sobie jest wszechświatem. Wystarczy tylko rzucić spojrzenie na budowę jego ciała i mózgu, na jego niepojęty umysł. Ożywione dzieło sztuki.

Piękne i nie powtarzalne, sprawia, że chce mi się ciągle przebywać w tej „galerii”, jaką jest świat ludzki, zachwycać się różnorodnością wystawionych w niej „dzieł”, jak i smakiem z jakim została ta „galeria ludzka” urządzona. Dzięki ludziom o bogatych wnętrzach, uwielbiam ludzi. Zachwycam się wszystkimi razem i każdym człowiekiem z osobna. Lubię na ludzi patrzeć, obserwować jak się trudzą, jak odpoczywają, jak są zamyśleni albo się złoszczą. Lubię wsłuchiwać się w ich wnętrza i podziwiać ich skomplikowaną prostotę, w której odnajduję najwspanialsze, autentyczne piękno.

  

Nie zgadzam się!

Świat dzisiaj oszalał. Nie! Wcale nie przesadzam z tym stwierdzeniem. Wystarczy rozejrzeć się dookoła i każdy może dojść do takiego wniosku, każdy może zobaczyć upadającą moralność, zmierzającego na samo dno człowieka. A może tak było zawsze? Może!? Nie będę zaprzeczać, ale nie będę też ślepo wierzyć w przekazywane nam informacje.

Ponoć dzisiaj niewolnictwa już nie ma, zostało ono zniesione przynajmniej w cywilizacji zachodniej, jak donoszą „obrońcy” praw człowieka . Zaczęto je znosić w latach dwudziestych dziewiętnastego wieku. Począwszy od Chile, poprzez Imperium Brytyjskie, Francję, Stany Zjednoczone, a skończywszy znowu na Ameryce Łacińskiej, czyli na Brazylii, ostatnim zwolennikiem niewolnictwa. Tym czasem, moim zdaniem, niewolnictwo nigdy nie zostało zniesione, zmieniło tylko charakter i nazwę. Jeden człowiek zawsze panował nad drugim i tak już chyba będzie zawsze.

Ile gatunków kwiatów jest na ziemi, tyle jest na niej różnego rodzaju zniewolenia. I to, do którego z nich wpadniesz jest tylko i wyłącznie twoim szczęściem człowieku. Nieustanna walka o wolność, której tak naprawdę nigdy nie było, nie ma i nigdy nie będzie, to mrzonka. Człowiek żyje złudzeniami od zawsze i ten wysoko, i ten najniżej postawiony w hierarchii homo sapiens. Pustynia wokół niego rozległa, a on myśli, że znalazł oazę.
Niestety! To nie oaza, to tylko fatamorgana. Łudzić się, to rzecz ludzka, podobnie jak wierzyć, różnica między tymi dwoma polega na tym, że wiara skrzydeł dodaje, złudzenie je podcina, gdy odsłoniętym zostaje.

Człowiek zawsze był i będzie tylko towarem, chociaż każdy wie, że jest to bardzo niemoralne. Jak dalece może ludzkość się upodlić? Czy aż tak jak Sodoma i Gomora, że tylko ogień i siarka może ją oczyścić?

Nie zgadzam się!
Człowiek nie może być i nie jest towarem!
       

sobota, 10 sierpnia 2013

Dwa strachy ludzkie

Jeden to strach przed utratą pełnej miski. Odbiera rozum.
Drugi to strach przed utratą czegoś niewspółmiernie cenniejszego, to strach przed utratą tożsamości, jaką gwarantuje każdemu jego Ojczyzna, a przynajmniej powinna gwarantować.

Moim największym strachem jest i był ten drugi, bo wiem co znaczy być OBCĄ, zamkniętą w „klatce” iluzji małpką.

Z tymi współczesnymi trendami - jak bycie Europejczykami (tak jakbyśmy zawsze nimi nie byli) , czy nowoczesnymi kol światowcami, gdzie nasza światowość sprowadza się jedynie do naśladowania złych przykładów z Zachodu, np. życia ponad stan, lekceważenia własnej historii, tradycji i wiary - jest tak jak z balonem w łapach małpy.

Chwilowo małpa wpada w podziw i z zainteresowaniem przygląda się nowej zabawce, aż nagle – BACH! – balon pęka z hukiem, a małpa odskakując robi wielkie oczy i krąży wokół jak szalona, szukając zabawki, której już nie ma. Rozgląda się wokół i nie widzi nic innego poza szczątkami balonu razem z nią uwięzionymi w klatce. Zabawa skończona! Czar pękł, podobnie jak balon! Iluzja wolności prysła, zostały tylko jej szczątki, których nijak pozbierać się nie da.

Klatka choć poszerzona, jest tylko klatką, wolności w niej nie ma i korzeni swoich darmo szukać, ich też nie ma. Zostały gdzieś na „wysypisku śmieci”, w gettach otoczonych murami nie do przeskoczenia, chociaż niewidzialnymi.

Obca, obca, obca! Wszędzie będę już tylko obca! I tu i tam i gdziekolwiek skieruje mnie los. Jak przesadzane drzewo nie może się już przyjąć bez uszczerbku ani na nowym, ani na starym miejscu od nowa.

Dwa strachy jak zmory krążą nad drzewa koroną, nad współczesnego człowieka głową. I te pytania, sen spędzające z oczu:
Porzucić dom rodzinny, czy pozostać?
Pełna miska, czy korzenie?

Bez jednego i drugiego ciężko jest żyć, ale wybór jest konieczny. Trzeba wybrać mniejsze zło. Tylko które jest mniejsze? Wybrać miskę, by samemu żyć i innym pomóc, czy wybrać korzenie, bo moje ja jest najważniejsze, bo lepiej suchy chleb ale u siebie?

Nie można mieć wszystkiego! Wybór padł, spakowany plecak i ostatnie za siebie spojrzenie. Kiedyś tu wrócę, to jest pewne!

Ale niestety, nie ma nic pewnego w życiu dzisiejszego człowieka. Mija rok, dwa, życie ucieka, a człowiek to przecież nie mebel. Rodzi się tęsknota i nowe, natrętne pytanie: Pozostać tutaj, gdzie miska jest pełna, czy powrócić tam gdzie korzenie moje chociaż i tu i tam będę już zawsze tylko OBCA?

piątek, 9 sierpnia 2013

Ciemność udaje światło

Nic tak, jak akceptacja zła podszyta fałszem nie może zaszkodzić człowiekowi. Sprowadza go ona na manowce, obdziera z moralności, pozbawia sumienia, człowieczeństwa i to wszystko w imię równie fałszywej wolności.

Nie ma nic gorszego od fałszywej wolności, gdyż taka „wolność” najbardziej zniewala. Usypia rozeznanie między rzeczywistym dobrem i złem. Pozbawia człowieka jego „powłoki” ochronnej – moralności, co sprawia, że zmierza on ku nieuchronnemu upadkowi. Myśli, że chodzi w świetle, a tym czasem tonie w ciemności.

Młody staruszek

Staruchy czasami potrafią zaskoczyć. :)

Po ścięciu drzew, dwóch starych czereśni w moim ogrodzie, zostały pniaki do usunięcia. Ze względu na trawnik i rabaty trzeba było to zrobić ręcznie. Wtedy znalazł się młody 70-cio latek, który totalnie mnie zaskoczył. Jak młody jelonek przez płot przeskoczył (dosłownie obłęd), co w podziw wprawiło nie tylko mnie ale i moich sąsiadów. Gapiliśmy się na „staruszka” jak na zjawisko jakieś kompletnie zbici z tropu widząc jak z zapałem zabrał się do roboty. Wpadliśmy dosłownie w zachwyt. Pomyślałam – to jest nie możliwe! To musi być jakiś emerytowany komandos!

Tak się w „staruszku” „zakochałam”, że nie wiedzieć dlaczego poszłam do kuchni i napiekłam mu ziemniaczanych placków z jajkami i ze skwarkami, tak po wiejsku, po chłopsku – jedzenie dla prawdziwego faceta – cicho << oczko >> , chyba chciałam coś jeszcze sprawdzić. :D

Pałaszował te placki jak dziecko z radością i bez strachu przed cholesterolem. Zachwyconych oczu od „staruszka” nie chciało się oderwać. Co za wspaniały widok, taki facet!

To był prawdziwie pozytywny szok! 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Babcina recepta na zdrowie.

Moja babcia miała rację, gdy mówiła, że najlepszym sposobem na zachowanie dobrego zdrowia jest jak najdłuższe unikanie lekarzy. Trzymając się tej zasady zarówno moja prababcia, jak i babcia dożyły prawie setki. Pierwsza do końca sprawna i fizycznie i umysłowo, druga ostatni rok w chorobie, bo złamała wyznawaną zasadę. Żyła trzy lata krócej od swojej matki.

Coraz częściej mam wrażenie, że lekarzom nie chodzi o poprawę zdrowia pacjenta, ale o jego kasę. Za każdą wizytę trzeba przecież płacić. Wyleczony pacjent, to dla lekarzy strata. Dobre zdrowie społeczeństwa, grozi lekarzom bezrobociem, nie leży wiec w ich interesie byśmy byli zdrowi. Podleczeni tak, ale nie zdrowi. Chcesz więc być zdrowym unikaj lekarzy tak długo, jak długo się da.

Coś w tym musi być, bo odkąd wzięłam moje zdrowie w swoje ręce, powoli odzyskuję je. Babcina bez lekarska recepta na zdrowie, okazuje się być skuteczną, przynajmniej jak na razie. :)

środa, 7 sierpnia 2013

Pięć minut na oddech

To nazbyt hojnie! Pięć minut przerwy, taki luksus, co mam z nim zrobić? :)

Jak to właściwie jest, że czasami pięć minut, to zbyt mało czasu, a czasami pięć minut to cała wieczność?

Do ciebie staruszku czasie kieruję to pytanie, ale ty sam nie znasz na nie odpowiedzi. Ty tylko tikasz sobie od nieskończoności i będziesz tak tikał do nieskończoności, stary, a jednak zawsze młody i na dodatek nigdzie i nigdy się nie spieszysz, nie zadajesz pytań i nie dajesz odpowiedzi na nie.

Lubię deszcz

Lubię deszcz, bo w deszczu mogę płakać i nie wstydzić się swoich łez. Ukryte między kroplami deszczu moje łzy, są kamieniami spłukiwanymi z serca precz. Chociaż moknę wtedy, lubię deszcz i tą ulgę jaką czuję po nim.

Kiedyś, gdy jeszcze byłam w szczenięcym wieku i prowadziłam pamiętniczek, moja mama wpisała się w nim tymi słowami:

„Śmiej się wśród ludzi, płacz tylko w ukryciu,
bądź lekką w tańcu lecz nigdy w życiu.”

I to jak zmora idzie za mną przez całe moje dotychczasowe życie. Czy chcę tego, czy nie muszę być siłaczką.

Z kolei mój tatko wychowywał mnie jak syna, na twardzielkę, nawet moje imię wymawiał jak chłopięce, a włosy zawsze musiałam mieć krótko ścięte. Zabierał mnie na ryby, na grzyby, towarzyszyłam mu nawet na meczach piłki nożnej. Uczył mnie wszystkiego, co powinien umieć chłopiec, łącznie z majsterkowaniem, młotkowaniem, przykręcaniem śrub i grą w karty. Nie pozwalał mi płakać. Mówił, że tylko mięczaki płaczą. I ja nie potrafię płakać, a raczej wstydzę się płakać, bo łzy oznaczają słabość. Połykam więc je zawsze, gdy czasami natrętnie cisną się do oczu, przecież nie jestem mięczakiem. Tak, nie jestem nim, ale jestem kobietą i czasami mam potrzebę sobie popłakać, a nawet „zawyć”. Wtedy z pomocą przychodzi mi zbawienny deszcz, mój płaczący ze mną przyjaciel, który chowa moje łzy w swoich mokrych ramionach. „Płacz tylko w ukryciu”, „Śmiej się wśród ludzi”. Pamiętam, moja mamo, pamiętam i nawet nie wiesz, jak czasami jest mi z tym ciężko, jak zazdroszczę łez innym.

Lubię deszcz, lubię na nim moknąć, przytulać się do niego i sobie popłakać razem z nim. Nikt wtedy nie widzi moich łez, nie muszę się ich wstydzić, nie jestem mięczakiem, ja tylko rozładowuję z serca ciążący w nim balast. I wszystko co mi doskwierało, staje się nagle błahostką i znowu chce mi się żyć. Biorę głęboki haust „wypranego” deszczem powietrza, wzdycham z ulgą i wchodzę do domu z szerokim uśmiechem.

Nikt nawet nie podejrzewa, że płakałam. Nie ma też zbędnych, krępujących mnie pytań. Nie ma współczucia, które zawsze wprawia mnie w zakłopotanie, bo nie wiem co mam z nim zrobić. Przecież jestem siłaczką, ze wszystkim dam sobie sama radę (?). Na pewno (?), ale czasami bardzo bym chciała być słabą, potrzebującą pomocy i wsparcia kobietą.
 

Rozsypane korale

Moje życie jest jak korale, które się rozsypały. Skoro się rozsypały, to trzeba je pozbierać. Ale jak?

Świat dzisiaj jest jaki jest – niepewny, niestabilny, nie gwarantujący poczucia bezpieczeństwa, niczego na dłuższą metę nie można zaplanować. Wszystko się zmienia tak szybko jak pogoda. O każdy dzień trzeba walczyć wciąż i od nowa. Najgorsze jest to, że często wiąże się to ze zmianą miejsca zamieszkania, z opuszczeniem najbliższych lub tego wszystkiego, do czego zdążyłam się w między czasie przyzwyczaić. I nikogo to nie obchodzi, co ja czuję, co myślę i czy mi się takie życie podoba?

Ktoś ma problem! Ktoś potrzebuje zmiany, a ja muszę ponosić wszelkie tego konsekwencje, to ja muszę za wszystko płacić – powiedzieć do wszystkiego dziękuję i się dostosować do nowej sytuacji. Moje ja się nie liczy, nikogo nie obchodzi. Zawsze jest ktoś, komu się wydaje, że wie lepiej ode mnie, jak ma wyglądać moje życie, czego ja potrzebuję do szczęścia. Czy ja mogę, czy tylko muszę być szczęśliwa? Chyba muszę! Kobiety los!? A może to ja jestem tylko dziewczyną starej daty? Nie potrafię powiedzieć dosyć! Ja też mam swoje plany, marzenia, swoje życie! Zbyt mocno kocham innych, by myśleć tylko o sobie.

Zawsze myślę żeby nie obrazić kogoś, żeby kogoś nie zasmucić, nie odmówić pomocy i współpracy. Bo ja jestem przecież silna jak Tussilogo, poradzę sobie w każdej sytuacji, a jak nie, to przynajmniej nie będę narzekać. Najważniejsze jest przecież szczęście tych których kocham, moich najbliższych. Ich sukcesy są moimi sukcesami, a życie ma się jedno, tylko jedno. (?) Wychodzi na to, że nie można w nim mieć wszystkiego. Żeby mieć coś, z czegoś zawsze trzeba zrezygnować.

Dzisiejszy człowiek musi być jak kameleon, tak szybki jak on w dokonywaniu zmian i przystosowywaniu się do nowego środowiska, nowych sytuacji. Moje korale znowu się rozsypały, muszę od nowa pozbierać je i naprawić. Tylko czy tym razem, gdy uda mi się to zrobić, zdążę je na siebie włożyć, zdążę się nimi nacieszyć, czy ponownie się rozsypią i będę musiała je od nowa pozbierać?

Chociaż moje dzisiejsze życie mi się podoba, lubię je, będę musiała je zostawić i zacząć znowu wszystko od nowa, dostosować się do nowej sytuacji.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Życie optymisty nie jest łatwe

Życie optymisty, podobnie jak i pesymisty nie jest łatwe. Jeden i drugi są potrzebnym ogniwem w każdym społeczeństwie, tak sądzę, ponieważ ich postrzeganie świata i wszystkiego co jest z nim związane równoważy trzeźwe spojrzenie na świat realisty. Pesymista przestrzega, optymista dodaje wiary i odwagi, realista sprowadza do rzeczywistości jednego i drugiego. :)

Pewnie nie odkryłam Ameryki. Ha ha ha!

Lubię patrzeć na świat przez moje różowe okulary. Co za piękne lato mamy w tym roku, a ja kupiłam sobie nową sukienkę i wyglądam w niej wystrzałowo! Przechwalam się? Być może! Dobrze, że mam się czym pochwalić. Świat jest taki piękny, a ja jestem jego cząstką. Lubię moją pracę, chociaż jej nie lubię i .................. tutaj zgubiłam gdzieś moje różowe okulary i nie mogę ich jakoś odnaleźć. Ciężkie miałam ostatnich parę dni bez nich. Gdy jestem przemęczona to nie mogę spać, ale nic to! Mogę za to robić coś innego, np. pisać. Od dzisiaj powraca do mnie normalność dnia codziennego. Tak się cieszę!:D Chyba zaproszę siebie samą na lody. Należą mi się. Hmm!?

niedziela, 4 sierpnia 2013

Prawdziwa wolność

Są ludzie, którzy wprost uwielbiają bałagan i to w każdej jego formie. Zaczęłam więc zastanawiać się dlaczego?

Bez porządku będzie chaos, a w chaosie łatwiej jest kombinować, oszukiwać, naciągać, kraść, nic nie robić i zarobić. I to, jak sądzę, jest główny powód. Tam gdzie jest porządek wszystko jest jasne i widoczne. Nie można lawirować i omijać prawa, czy obowiązujących zasad, a przebiegłość jest bezużyteczna, musi być zastąpiona uczciwością, co nie podoba się wszelkiej maści kombinatorom.
Dlaczego ludzie boją się uczciwości?
Dlaczego uważają, że uczciwość nie popłaca, że to przeżytek, że uczciwemu wiatr w oczy?
Być uczciwym wg wielu, to być naiwnym, to jest wada nie zaleta w dzisiejszym wyścigu szczurów. Tylko czy każdy człowiek chce być szczurem?

Wiara!? To dzisiaj też jest powód do kpin. Z ludzi wierzących drwi się na potęgę. Wyzywa się ich od moherów, zacofanych i naiwnych. Przecież „wszyscy” już dzisiaj „wiedzą”, że Boga „nie ma”, że „nigdy Go nie było”, bo uczeni, bo loty w kosmos nie potwierdzają Jego istnienia. Itp. itd.! Tylko dlaczego wierzący w Boga i kochający Jego porządek są jednak szczęśliwsi?

Gdy zastanawiałam się dlaczego tak jest, nagle uderzyła mnie myśl, że powodem do drwin z wiary w Boga jest również umiłowanie bałaganu, bo w nim można coś ukryć lub zakombinować tak, że nikt tego nawet nie zauważy, można kręcić lody lub skakać na boki bez poczucia winy, a wiara w Boga byłaby w tym przeszkodą, ograniczałaby tę fałszywą wolność. lepiej więc uznać, że Go nie ma.

Bóg jest Bogiem porządku i wymaga od ludzi moralności i podporządkowania się, uznania hierarchii, dzięki której istnieje porządek poczynając  już od rodziny, kończąc na władzy, a człowiek czuje się wtedy bezpieczny, bo wszyscy mają swoje miejsce, czują się dobrze, robią co do nich należy i koło się kręci bez przeszkód.

No tak! A gdzie w takim razie jest miejsce na wolność, do której każdy człowiek ma prawo? – może zaoponować zwolennik bałaganu źle rozumiejący wolność, o której utratę się martwi.

Hmm!? Tak sobie myślę, że nie po to Bóg obdarzył inteligencją człowieka, by go ograniczać, ale właśnie po to by się rozwijał, by każdy wg swojego powołania pomnażał otrzymane talenty w oparciu o istniejący porządek Boży i kierując się przy tym empatią – np. mąż, żona, dzieci, każde z osobna i w stosunku do siebie. I to jest prawdziwa wolność!

sobota, 3 sierpnia 2013

Bachorkiem być

Chociaż już dawno wyrosłam z kokardek we włosach, to jednak taki mały bachorek :) siedzi gdzieś tam w środku mnie i nie pozwala mi zapominać, że życie postrzegane oczami dzieci jest o wiele bardziej fascynujące i cudowne w swojej prostocie, naiwności i dociekliwości.

Tak sobie myślę, że dorosłość nie musi być smętna, zapracowana, nudna i ślepa na otaczający ją świat, nie musi być taka bardzo poważna. Poza tym z dzieciorka naturą życie jest o wiele przyjemniejsze, bardziej kolorowe i odkrywcze. :)

Lubię się uśmiechać do wszystkich, czasami tupnąć nóżką i robiąc wielkie oczy zachwycać się rzeczami małymi, na które dorośli zwykli nie zwracać uwagi i nie ukrywam tego. Świat ciągle jest dla mnie piękny, zachwycający i pełen nie odkrytych jeszcze tajemnic. To temat rzeka. To ogromny „plac zabaw” nieustannie kształcący wrażliwość, pogłębiający poznanie, rozwijający osobowość i przysparzający wiedzy. To źródło, z którego czerpię ciągle i od nowa przede wszystkim naukę i mądrość zdając sobie sprawę z tego, że i tak umierając będę niedoukiem. :)

piątek, 2 sierpnia 2013

Nie mogłam nic dla niego zrobić

Gdy jak zwykle w piękne letnie poranki wyszłam i dzisiaj do ogrodu by pochodzić po nim boso i zmoczyć stopy rosą, zobaczyłam kota na smyczy i zrobiło mi się tak jakoś przykro i smutno. Kot na smyczy!? To okropne! Kto wymyślił podobny idiotyzm? Przecież koty kochają wolność, kochają chodzić własnymi drogami. Biedny kotek, pomyślałam sobie i w tej chwili uderzyła mnie druga myśl, że kotek wydaje mi się znajomym „kosmitą” z altanki w moim ogrodzie. Od tamtego spotkania jeszcze się u mnie nie pojawił, chociaż wyglądam go każdego dnia. Czyżby się na mnie obraził za to, że go do mieszkania nie wpuściłam, za moją niegościnność? Przypomniałam sobie tą historię, a było to tak:

Pewnego, równie pięknego poranka, jak dzisiaj, miałam odwiedziny kota, chyba kosmity. Siedząc i pracując z czymś przy moim biurku, nagle usłyszałam za oknem skrzeczenie sroki, stałej bywalczyni mojego ogrodu. Kiedyś, jak jeszcze moja suczka żyła, ciągle przylatywała do niej na ploty, czasami nieźle się pokłóciły. Zdziwiłam się więc gdy usłyszałam znajomy mi hałas za oknem. Otworzyłam drzwi do ogrodu i pierwsze co zobaczyłam, to oczywiście skrzeczącą srokę. Podskakując na schodach skrzeczała z całych sił na kogoś czającego się w altanie. Gdy spojrzałam w tym kierunku zobaczyłam go, wspaniałego czarno rudego kocura w białych szykownych bucikach i w białym kołnierzyku. Wyglądał jakby się na bal wybierał. Był piękny i nic sobie nie robił z kłótliwej pani sroki. Siedział pod stołem i tylko patrzył na nią przymrużonymi oczami i grał obojętnego. Sroka zaskrzeczała jeszcze raz i odfrunęła, ale kocur nawet się nie ruszył, dopiero gdy wysunęłam rękę do niego i zawołałam kici-kici, to w te pędy podbiegł do mnie i od razu pcha się do mieszkania.

- Hola, hola mój miły gościu, nie tak szybko, najpierw musimy się trochę poznać, powiedziałam, a on tylko odwrócił się do mnie tyłem, podniósł dostojnie swój piękny, wiewiórczy ogon i wyginając grzbiet do góry zapraszał mnie do pogłaskania go, przynajmniej ja, nie znająca kociego języka przecież, tak to zrozumiałam. Pogłaskałam go, podrapałam za uszkiem i powiedziałam z zachwytem – jakiś ty piękny i jaki pieszczoch, a on tylko popatrzył na mnie i wrócił pod stół zgrywając obojętnego. Gdy drugi raz zawołałam kici-kici, znowu podbiegł i bez pardonu, od razu pcha się do mieszkania. Lekko go powstrzymałam i powiedziałam z uśmiechem – nie bądź taki nachalny, może innym razem przystojniaku zaproszę cię na miseczkę mleka, może się nawet zaprzyjaźnimy, oczywiście jak zechcesz i jak będziesz tu do mnie wpadał częściej. I znowu dał się podrapać za uszkiem, pogłaskać i nagle odwrócił się i zwinnie zeskakując ze schodów odszedł spokojnie tylko w sobie znanym kierunku. Ja stałam zachwycona tym niespodziewanym spotkaniem i patrzyłam za nim jak odchodził.

Chyba polubiłam koty, bo tęsknię za nim, marzę o ponownym spotkaniu z tym kocim poliglotą (?), no bo przecież „rozmawialiśmy” ze sobą po polsku. Hmm ..!? To na pewno był kosmita. Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia.

Tak myśląc i wspominając tamto zdarzenie, zaczęłam przyglądać się zniewolonemu kotkowi uważniej i nagle poczułam ulgę – to nie był on, to nie przystojniak z mojej bajki. To tylko jakiś mały, czarny kotek z bardzo smutnymi oczami. Jakiś?? Hmm … , dziwne? – pomyślałam.

Wchodząc z powrotem do domu zaczęłam się zastanawiać nad losem nie tylko zniewolonych kotów, ale i ludzi i pytać samą siebie w myślach – jak to właściwie jest? Dlaczego los nieznajomych mniej nas obchodzi niż życie tych, których znamy i kochamy? Zagłębiłam się w moich myślach … ?? Może dlatego, że nic nie wiemy o ich istnieniu? „Czego oczy nie widzą, sercu nie żal.” Kogo nie znamy, o tego nie pytamy. W takim razie dlaczego niewiele jesteśmy w stanie zrobić dla drugiej istoty, gdy już zobaczymy całą jej „nagość” i beznadziejność położenia? Najczęściej spuszczając wtedy oczy i rozkładając ramiona, zawstydzeni odchodzimy do swojego życia, często z myślą – to w końcu nie jest mój problem i zresztą, co ja mogę? Nic! Przecież nie jestem w stanie całego świata zbawić i co najdziwniejsze – natychmiast czujemy się we własnych oczach usprawiedliwieni. Zapominamy!

Życie to jednak jest bezkresna dżungla, wygrywa w nim i z nim zawsze tylko najsilniejszy.

Przypomniałam sobie smutne oczy spotkanego rano małego kotka na uwięzi. Zrobiło mi się przykro, że nie mogłam nic dla niego zrobić. Zobaczyłam jak na dłoni swoją własną bezsilność, zrozumiałam, że nie zawsze i nie wszystko zależy jednak od nas samych, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.   
 

Przyjaciółka na dzień dobry

Dzwoni telefon, a ja nawet nie drgnę. Wiem kto dzwoni o tej porze, ale nie mam ochoty na rozmowę, chcę spokoju, chcę pozbierać własne myśli zanim ... . Ciągle ktoś mnie szuka i czegoś chce ode mnie jakbym była bankiem wiedzy, a przecież nie jestem i czasami sama potrzebuję czyjegoś serca, odrobiny czasu, czyjegoś ucha by wyrzucić z siebie wszystkie narosłe we mnie zakwasy.

Tak! Mogę sobie tylko pomarzyć - szepnęłam sama do siebie. Jestem studnią bez dna, wypełnioną ludzkimi historiami, ich złymi i dobrymi humorami, ich rozpaczą i radością, oczekiwaniami. Wyglądam przez okno. Na płocie siedzi znajoma sroka i kręcąc główką to w lewo, to w prawo, to znów patrząc przed siebie czeka na kogoś co chwilę trzepiąc skrzydełkami. Ja wiem na kogo tak czeka, ale niestety – pomyślałam z żalem – twoja przyjaciółka dawno już odeszła. Tęsknisz za nią, ja też. Chciałabyś się z nią znowu posprzeczać. Tak bardzo lubiły się ze sobą kłócić, ona i moja suczka.

Znowu dzwoni telefon, dzwoni i dzwoni, nie poddaje się. Tak uparcie dobija się do mnie tylko moja przyjaciółka. Nie ma mnie, nie rozumiesz!? Przestań już, przestań - zatykam uszy. Nie gniewaj się, ale czasami i Ciebie mam serdecznie dosyć, mówię jakby do niej, chociaż ona nie może mnie słyszeć. Ile można w kółko o tym samym? Wiesz, kupiłam sobie wczoraj …, jest naprawdę wystrzałowa …, bla, bla, bla. A ja nienawidzę kupować, nie znoszę sklepów. Zaraz jej to powiem. Podniosłam słuchawkę.

- Obudziłam Cię?

- Tak, obudziłaś mnie swoim pierwszym telefonem. Nie miałam jednak siły podejść do niego. Czy naprawdę musisz tak wcześnie do mnie dzwonić?

- Och, przepraszam, myślałam, że już nie śpisz. Mam ci tyle do opowiedzenia. Wiesz, a wczoraj to ..., bla, bla, bla. Jak zwykle ta sama piosenka. Nawet nie słucham, tylko „achuję” i „ochuję” i jestem sama na siebie wściekła, że znowu pozwalam jej okradać mnie z czasu, a mam tyle rzeczy do zrobienia zanim wyjdę z domu do pracy. Nastawiam na kawę, jedną ręką robię sobie śniadanie – niewygodnie, na dodatek, tak bardzo się śpieszę, a ona ciągle nadaje te swoje bla, bla, bla. Już miałam powiedzieć jej coś do słuchu, gdy nagle pomyślałam o sroce siedzącej na płocie i tęskniącej za swoją przyjaciółką i ocknęłam się i zaczęłam uważniej słuchać tej znajomej starej melodii na dzień dobry o wszystkim i o niczym. Jak źle i smutno by mi było bez tej „bablającej” przyjaciółki.
 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Życie wymaga nieustannego dialogu

Sami jesteśmy kowalami własnego losu. Jest to prawda znana nie od dziś, tylko nie każdy prawdę tę akceptuje. Najprościej jest obarczać wszystko i wszystkich za to, że nasza podróż w przyszłość okazała się być nie spełnionym marzeniem, że zaledwie marzeń tych musnęliśmy biegnąc przez życie ufni, że wszystko samo się jakoś poukłada, jakby bez naszego udziału, wystarczy tylko pragnąć, zapominając, że życie wymaga nieustannego dialogu w którym teraźniejszość jest suflerem podpowiadającym rozwiązania.

Tak! Z życiem trzeba "rozmawiać", by zrozumieć, by wreszcie osiągnąć w nim coś, czy poczuć jego spełnianie się. Życie to nie tylko przyjemność jaka nas spotkała, chociaż nie prosiliśmy o nią, to nie tylko jest dar, przywilej, ale również poświęcanie się i ciężka praca nad jego formą. Nie ułożyło się, to wracamy wspomnieniami do przeszłości w nadziei … , no właśnie, w nadziei czego? Że zobaczymy nas samych w odtworzonym na chwilę kadrze starego już bardzo przyniszczonego filmu pod tytułem „Moje udane i nie udane życie.”? Ale po co? Komu jest to potrzebne i czy w ogóle jest potrzebna taka podróż w czasie?

Jak najbardziej ma ona sens i to większy niż się nam wydaje. Podróżując w przeszłość dajemy sobie jakby drugą szansę, ponieważ przeszłość okazuje się być naszym nauczycielem, chyba dlatego obdarzeni zostaliśmy przez naszego Stwórcę darem pamięci i odtwarzania jej. Wspomnienia mogą być i są naszym najlepszym przewodnikiem pod warunkiem, że zechcemy wykorzystać je i zrobić z nich dobry użytek. Nie bez przyczyny popełniamy błędy, ich robienie ma głęboki sens – moim zdaniem, uczymy się na nich sztuki, jaką jest życie, a swoimi doświadczeniami możemy wzbogacać nie tylko siebie ale i innych, pomagać sobie nawzajem rozumieć i chronić się przed popełnianiem podobnych do naszych, często bolesnych i nie do naprawienia pomyłek. Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, gdy nie chodzimy na wagary, nie lekceważymy zdobywanych doświadczeń, gdy chcemy uczyć się nie tylko na własnych, ale i na cudzych błędach.

Tak sobie myślę, że wspomnienia – podróże w czasie, działają podobnie jak odczuwanie przez nas bólu, mianowicie ostrzegają nas przed czymś, chronią przed kolejną ignorancją czegoś, przed całkowitym zmarnowaniem daru, jakim jest życie, zmuszają nas do zbawiennej refleksji. Podróżujmy więc w czasie, zatrzymujmy się na jego wyspach, by podglądać to, co już było, by - mimo iż niczego już nie możemy odwrócić - móc odnaleźć siebie dzisiaj wzbogaconych o te wszystkie złe i dobre doświadczenia jakimi obdarowało nas nasze życie i mimo wszystko jednak coś w nim zmienić.

Wspomnienie

„Cygańskie” dziecko

Odkąd pamiętam, to zawsze i wszędzie byłam obca. A zaczęło się tak:

Miałam zaledwie kilka lat, gdy wybrałam się na moją pierwszą samodzielną „wycieczkę”. Zatęskniłam za mamą, która pracowała na majątkowym polu. Nie zauważona przez nikogo urwałam się nagle z „uwięzi”, chciałam powiedzieć zniknęłam z oczu pilnującej mnie i moich braci, babci, by ją odszukać. Długo błądziłam po polnych drogach, gdy już bardzo zmęczona znalazłam jakiś papier i podkładając go sobie pod główkę ułożyłam się wygodnie na drodze i zasnęłam nie świadoma niebezpieczeństwa na jakie siebie naraziłam. Tak smacznie mi się spało, że nawet nie słyszałam nadjeżdżającego zaprzęgu koni. Nagle tylko usłyszałam głośne i przeraźliwe:

- Prrry! – i – Jezus Maria, a cóż to za cygańskie dziecko na drodze leży!? Zobaczyłam nad sobą ogromnego człowieka z wąsami i z batem w ręku i przeraziłam się. Zaczęłam płakać.
- Nie becz mała, nic ci nie zrobię, powiedz mi tylko, co ty tutaj robisz dziecino, na tej drodze? Czyja ty jesteś?
- Mamy – odpowiedziałam cicho, wycierając brudnymi rączkami nos i oczy, co sprawiło, że naprawdę wyglądałam już jak umorusane, cygańskie dziecko.
- A gdzie jest twoja mama?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz? Masz ci babo placek! – powiedział sam do siebie, jednocześnie pytając po cichu samego siebie - i co ja mam teraz z tobą zrobić?
- Ja chcę do mamy! – i „wybuchnęłam” znowu płaczem.
- No tak! No tak! Chodź, siadaj tu w bryczce, pojedziemy jej poszukać. Posadził mnie na siedzeniu bryczki i kazał siedzieć grzecznie, sam też do niej wsiadł i wołając głośno - wio! - do koni, strzelając przy tym batem wysoko w powietrzu nad nimi, ruszył w drogę.

Bryczka spokojnie turlała się po polnej drodze, słońce grzało, konie stukały kopytami. Obudziłam się, gdy znowu usłyszałam – prry! Na polu przed nami pracowały kobiety, dzisiaj wiem, że to co robiły, nazywało się wiązanie snopków, wtedy widziałam tylko dużo schylonych kobiet. Wyglądały jakby się kłaniały ziemi, a ja patrzyłam na nie szeroko otwartymi oczami i nie rozumiałam po co one to robią.

- Kobiety! – zaczął wrzeszczeć do nich wąsacz z bryczki – może wiecie czyje to dziecko? – i pokazał na mnie.
- O Jezu! – usłyszałam znajomy głos mamy – To moja jest córka! A skąd ona tutaj? Pytała dobiegając do bryczki i biorąc mnie w ramiona.
- Mama! Mama! Moja mama! – mówiłam przytulając się do niej całą sobą i obejmując jej szyję małymi rączkami – moja mama.
- Co ty tutaj robisz moja maleńka, a gdzie jest babcia?
- W domu.
- Jak to w domu? – mama była wystraszona nie na żarty – Jak to w domu? Gdzie ją pan znalazł?
- A no spała sobie w najlepsze na drodze. Dobrze, że w ostatniej chwili zauważyłem ją. W pierwszej chwili myślałem, że to jakieś obce, cygańskie dziecko leży, ale gdy do niej podszedłem to zobaczyłem, że to nasza dziecina, taka jasna nie może być cygańska, pomyślałem, to na pewno mała którejś z was. Na drugi raz, to postaraj się kobieto o lepszą opiekę nad małą, bo licho nie śpi.
- Dziękuję! Bardzo dziękuję! – powiedziała moja mama i mocno mnie przytuliła do siebie.

Obca

Wczoraj, dzisiaj, jutro.
Było, jest, będzie?

Obca, a jednak zawsze i wszędzie u siebie. Czy aby na pewno?

Tam, gdzie zamykasz i otwierasz oczy, tam dom jest twój, chociaż nie zawsze korzenie. Gdzie słońca promienie oplatają cię, deszczu krople chłodzą, a wiatr porywa do tańca, tam jesteś u siebie.

TO NIE JEST PRAWDA!! TO JEST TYLKO ZŁUDZENIE!! TĘSKNOTA JEST ZŁUDZENIA TEGO POTWIERDZENIEM.

Ziemia wszędzie pachnie inaczej, inaczej słońce świeci i grzeje, niebo ma inny błękit, a wszystko to razem jest najpiękniejsze tam, gdzie spełniało się nasze dzieciństwo, gdzie młodość trwała wiecznie, gdzie pierwszą przeżywaliśmy miłość i pierwsze rozczarowania. Pod swoim niebem wszystko wygląda jakoś inaczej, bardziej swojsko. Na swojej ziemi nawet suchy chleb pachnie i smakuje lepiej. I ten tylko to wie, kto to stracił, o czym pisał Adam Mickiewicz w inwokacji do „Pana Tadeusza”, a ja dzisiaj świadczę.