czwartek, 8 lipca 2021

Pokolenie niszczycielskie


Pokolenie lat 50, 60 i 70-tych to najgorsze pokolenie w historii Polski. Sprzedali bowiem nasz kraj za marchewkę.

8 komentarzy:

  1. Przeniesiona odpowiedź Van Ligoten na ten mój komentarz umieszczony pod filmikiem zapodanym przez wideoprezentacje, zatytułowanym: "Alarm! PIS Robi To Co Balcerowicz w Latach 90-tych. Ale nie Ma Już Majątku Do Oddania" - Analiza Ator

    A jakie pokolenie by nie sprzedalo.?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Van Ligoten
      Pokolenie międzywojenne na przykład. Nie bacząc na swoje życie, bili i przepędzili Hitlera z naszego kraju uzbrojonego po same zęby.

      Usuń
  2. Przeniesiona odpowiedź Wioletta Gierlikowska:

    Widocznie II wojna nic tych zdrajców głosujących na ten cyrk nie nauczyła . Patrz obrady sejmu

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeniesiona odpowiedź Van Ligoten na mój komentarz:

    @Karolina Kajtek Czy robili by to gdyby wiedzieli co bedzie sie dziac potem?
    Rozumiem Cię niestety ich ofiara byla na darmo, jednak chwała Im.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Van Ligoten
      Nie, nie chwała im, ponieważ nie zasługują na nią. Dlaczego? Ponieważ zanim zaczęli budować naszą "lepszą" przyszłość, mogli wpierw usiąść i obliczyć koszty, tyle mogli zrobić, aby ta "lepsza" przyszłość ich potomnych nie okazała się tym czym się okazała, mianowicie totalnym BANKRUCTWEM i to nie tylko gospodarczym, ale i obyczajowym, kulturowym i duchowym. Gdy nie wiedzieli, co będzie się dziać potem, to znaczy, że nie mieli żadnego planu na tę "lepszą" dla swoich potomnych przyszłość. Jeżeli nie mieli planu, to po kiego zaczęli ją budować?

      Usuń
  4. Przeniesiona odpowiedź Van Ligoten:

    @Karolina Kajtek Droga Karolino, zaczne od komplementu dla Ciebie,,
    jesteś przezajebiście inteligętna osoba :) Teraz do rzeczy, czy rozmawialas kiedyś z kimś kto np. przeszedł powstanie,, lub trafił do obozu itd,,,zabijal fizycznie niemców,,,stracił rodzine,, kazdy z tych ludzi przedstawi Ci innà wersje wydarzeń,,, nikt ze zwykłych ludzi nie siadał i nie patrzył w przyszlość, chodzilo o przetrwanie,, tak,,tak zwane “elity”
    z prawa i lewa,, to znaczy z lewa napewno miały gotowy plan a zreszta zobacz co dzisiaj sie dzieje,, jak elity wpychaj nam a masy łykajà co im tylko się powie,, tak było i wtedy,, zapadł wyrok np na Warszawe,, i Polske ,, ja mówiac chwała im mówie o tych ludziach którzy walczyli
    mimo tego ze mogli prysnać i mimo tego ze zostali skazani,napewno dużo z nich miało tà swiadomość,,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Van Ligoten
      Dziękuję! Jesteś miły. :) Tak. Nie tylko znałam, ale i rozmawiałam z takimi Ludźmi - żywymi książkami. Tak ich nazywam do dzisiaj chociaż ci Ludzie już odeszli, głównie ze względu na wiek, a nie na choroby, co wydaje się być dziwnym, zważywszy na to, przez co przeszli.
      Była to, zaiste, niesamowita "biblioteka", że wymienię chociażby kilka jej bogatych w doświadczenia "tomów" prawdziwej historii, prawdziwych Ludzi, a zacznę od zesłańców na Syberię. Ich wersje, i owszem, były różne, ponieważ doświadczali różnych rzeczy na zesłaniu, w różnych miejscach Syberii, jednak łączyło je przeżyte przez tych zesłańców doświadczenie cierpienia, głodu, mrozu, nieludzkiego ich traktowanie i wiara w to, że uda im się przeżyć to piekło na ziemi i wrócić do domu, do swoich. Marzyli o przyszłości, planowali ją. To ta wiara i tęsknota, te snute przez nich plany były ich siłą, która pomogła im przetrwać. Ci, którzy nie mieli przed oczami marzeń i planu na przyszłość, niestety, nie mieli też i siły przetrwania, zostali na Syberii już na zawsze, często w bezimiennych grobach.
      Jednym z tych zesłańców był brat mojej babci. Gdy objęła go amnestia dla obywateli polskich w ZSSR, po wybuchu wojny III Rzeszy (Niemcy) z ZSSR (Sowieci), został on wypuszczony z łagru i wtedy razem z innymi uwolnionymi wstąpił do Armii Andersa. Z Armią Andersa przeszedł on cały szlak bojowy aż do Anglii, gdzie osiadł i żył aż do swojej śmierci. Odnaleźliśmy się jako rodzina dopiero trzy lata przed jego śmiercią. Często rozmawialiśmy przez telefon i wierz mi, było o czym. Drugim był przyjaciel naszej rodziny zesłany na Syberię, do pracy w kopalni złota, podobnie jak brat mojej babci, za to tylko, że był Polakiem.
      Jakiś czas wynajmowałam pokój u Żydówki, u Pani Z, która, jak się okazało również była zesłana na Syberię, jedynie za to, że w pracy, a była pielęgniarką, nieostrożnie w rozmowie z kimś "życzliwym" pochwaliła polskie gęsi. Opowiedziała mi ciekawe zdarzenie. Jadąc na zesłanie w bydlęcym wagonie, w końcu została w nim już tylko ona i dwie zakonnice. Jedna z zakonnic była bardzo chora, druga opiekowała się nią. Nagle - opowiadała mi Pani Z - w wagonie rozbłysło niesamowicie jasne światło. W rozjaśnionym wagonie, tuż przy zakonnicach, ukazała się Maryja, Matka Boża. Powiedziała do zakonnic, że jedna z nich już niedługo będzie wolna, a ta druga niech niczego się nie boi, bo Maryja będzie z nią. Zdziwienie Pani Z tym objawieniem się Maryi było przeogromne. Nie mogła wpierw uwierzyć w to co zobaczyła, ale gdy wkrótce po tym zdarzeniu, chora zakonnica zmarła, a opiekująca się nią zakonnica została uwolniona,
      Pani Z stała się wierząca i jak twierdziła, ta wiara stała się jej siłą i pomogła jej przetrwać to syberyjskie piekło na ziemi. Zamiast się załamywać zaczęła snuć plany na przyszłość. Po zdobyciu podobizny Matki Bożej, już zawsze nosiła ją w swoim portwelu, czym nie omieszkała mi się pochwalić otwierając go przede mną. Podkreślała, że jest Żydówką, ale wierzy w Matkę Bożą.

      c.d.n.

      Usuń
    2. c.d. mojej wypowiedzi:

      Dane mi też było poznać Austriaczkę, córkę wielkiego bankiera, która nie zawahała się wykorzystać swojego pochodzenia i pozycji ojca aby wyciągnąć z gestapo aresztowanego i torturowanego tam swojego ukochanego mężczyznę, Polaka. Kosztowało ją to bardzo wiele, ponieważ jej rodzice, za to co zrobiła, całkowicie ją wydziedziczyli i wyrzekli się jej. Z bogatej panny stała się ubogą dziewczyną, ale szczęśliwą ze swoim ukochanym Polakiem, z którym planowali wspólną przyszłość. Po wojnie, ze swoim już mężem, którego wydarła śmierci z gardła, zamieszkali w Polsce. W naszym kraju żyła i zmarła. Jak mówiła:
      "Wszystkie koszty wzięłam pod uwagę, nawet ewentualną utratę własnego życia, wchodziłam przecież do jaskini lwa i nie wiedziałam czy z niej wyjdę żywa, na dodatek z człowiekiem, o którego życie postanowiłam zawalczyć." - i z uśmiechem dodała: "Dzisiaj niczego nie żałuję, wprost przeciwnie, warto było. Żyję życie jakie chciałam żyć. Jestem szczęśliwa.". Nie tylko piękna ale i mądra osoba, prawda?
      Znałam i rozmawiałam również z Ludźmi zesłanymi na przymusowe roboty do Niemiec w czasie II wojny światowej. Znałam i rozmawiałam i z Ludźmi, którzy przeżyli niemieckie obozy zagłady i takich, którzy poczuli na własnych skórach "opiekuńczą" rękę ubeków.

      Wszystkie te osoby już nie żyją, ale ich doświadczenia życiowe, ciągle są żywe we mnie. Dzięki tym spotkaniom pierwszego stopnia z prawdą człowieka niezłomnego wiem, że nie jest tak jak piszesz, że, cytuję Ciebie: "... nikt ze zwykłych ludzi nie siadał i nie patrzył w przyszlość, chodzilo o przetrwanie ...".
      Oczywiście, że chodziło o przetrwanie, zawsze chodzi o przetrwanie, dlatego właśnie, ci wszyscy poznani przeze mnie zwykli i niezwykli Ludzie, nie tylko patrzyli daleko w swoją przyszłość ale i planowali ją zupełnie świadomie, z czego czerpali nadzieję, że jej doczekają i siłę na to aby żyć pomimo wszystko godne ludzkie życie w nieludzkich warunkach.
      Po uzyskaniu wolności od razu wiedzieli co z tym fantem zrobić. Wprowadzali w życie swoje plany i realizowali je z mniejszym, bądź większym powodzeniem, jednak zawsze z ogromnym docenianiem swojego tu i teraz czym wzbudzali we mnie ogromny szacunek i przez co stali się dla mnie pięknym przykładem siły, cierpliwości, wiary i niezłomności w walce nie tylko o siebie, nie tylko o swoje przetrwanie, co sugerujesz.

      Walka nie może być jedynie jakimś nieokreślonym zrywem mas, bo to prowadzi najczęściej donikąd, jak w omawianym przez nas przypadku, nawet do pogorszenia sytuacji, do przysłowiowego wpadnięcia z deszczu pod rynnę. W końcu, stoczniowcom, czy górnikom, głównym pomysłodawcom powstania "Solidarności", nie powodziło się aż tak źle w PRL-u. Zarabiali tyle na miesiąc, że ludzie w innych zawodach, w innych branżach musieli na to pracować po kilka miesięcy. Mogli więc poczekać ze swoim buntem, aż dojrzeje w planach - co potem? Mogli usiąść i na spokojnie obliczyć koszty i zaplanować, co dalej? Jak i dokąd poprowadzić naród i kraj w przyszłości, w przypadku gdyby im się udało obalić komuchów.
      Rzucanie się jedynie z motyką na księżyc, jak mawiają Ślązacy, to jest głupota, a nie powód do chwały. Dzisiaj nie tylko oglądamy, ale i spożywamy owoce tej głupoty, niestety.
      Myślenie nie boli, myślenie ma zawsze przyszłość w przeciwieństwie do bezmyślności, a taką właśnie bezmyślnością był zryw "Solidarności", moim zdaniem.

      Usuń