Wchodzę do jakiegoś mieszkania, jakby w budynku, w którym spędziłam dzieciństwo. Rozpoznaję mieszkanie dawnych sąsiadów zaprzyjaźnionych z moją rodziną. W przedpokoju było pusto, skręciłam w prawo, potem w lewo i weszłam do kuchni. Nikogo w niej nie zastałam. Zwróciłam uwagę na okno, które było otwarte. Podeszłam aby je zamknąć i zanim to zrobiłam wyjrzałam przez nie. Przechyliłam głowę, spojrzałam w górę i zobaczyłam wychylającą się przez okno pierwszego piętra sąsiadkę. Uśmiechnęłyśmy się do siebie w geście przywitania. Nic nie mówiąc cofnęłam się do tyłu i zamknęłam okno.
Gdy to zrobiłam nagle stałam jakby na moście, a raczej na mosteczku, takim dla pieszych przerzuconym nad niewielką rzeczką porośniętą czcinami po obydwu swoich brzegach. Czciny się poruszyły i coś zaczęło ruszać się pod wodą. Skierowałam wzrok w tamtą stronę i nagle ujrzałam krokodyla. Wynurzając się spod wody przewrócił się na plecy i tak leżąc sobie na wolno płynącej wodzie rzeki, zaczął bawić się palcami swoich przednich łap trzymając je na brzuchu, przebierał nimi w taki sposób jakby się z czegoś bardzo cieszył.
Zdziwiłam się tym widokiem i gdy zastanawiałam się nad tym czy krokodyle mają zwyczaj tak robić usłyszałam na mosteczku czyjeś kroki z lewej mojej strony. Przeniosłam wzrok, z zastanawiającego mnie dziwnego krokodyla w rzece, w kierunku usłyszanych kroków, aby zobaczyć kto to idzie.
Był to starzec, bardzo już w podeszłym wieku. Bił od niego ogromny smutek. Przechodząc spokojnym krokiem obok mnie, nie zatrzymując się powiedział do mnie cichym, acz stanowczym głosem: "Tak mało jest już dzisiaj dzieci Bożych, tak mało.". Gdy zastanawiałam się nad tymi jego słowami, on spokojnym krokiem odchodził. Raz jeszcze spojrzałam na rzekę. Krokodyl nadal sobie lerzał z brzuchem do góry i przebierając palcami przednich łap okazywał swoją radość z czegoś. Coś poruszyło się w czcinach, co mnie skolei poruszyło do głębi i bardzo zmartwiło zarazem. Zobaczyłam bowiem jakąś ludzką głowę, tak, głowę jakby dziecka. Chciałam krzyczeć aby je ostrzec przed czychającym nieopodal krokodylem, ale już nie zdążyłam ... pełna niepokoju przebudziłam się i sen się skończył.
Pierwszą, wyjaśniającą mój sen myślą, jaka przyszła mi po przebudzeniu do głowy było: To jest zapowiedź zbliżającego się końca czasów.
Puste mieszkanie to zapowiedź trudnego czasu, ciężkich dni, dni utrapienia i ciemności.
Otwarte okno i ja wyglądająca przez nie, to zapowiedż, że za chwilę zostanie mi objawiona jakaś wiedza, że będzie mi dane poznanie i zrozumienie czegoś ważnego.
Krokodyl przypomina smoka. Smok symbolizuje w Biblii diabła, szatana, a więc diabeł już się cieszy - pomyślałam - cieszy się, że nadchodzące żniwo dusz będzie dla niego obfite. Posmutniałam. Już nic nie robi, bo wie, że nie musi, dusze same idą w jego stronę, wprost do jego paszczy. Wchodzą do jego rzeki, która przyciąga ich jak magnez swoją zwodniczą atrakcyjnością. Biedni, zwiedzeni i oślepieni fałszywym jego blaskiem ludzie. Żal mi ich. Po mimo wszystko, żal mi ich. Kocham ludzi, chociaż czasami ich bezmyślność doprowadza mnie do rozpaczy, a nawet życzliwej złości na nich, że są aż tak ślepi na otaczającą ich rzeczywistość, tak głusi na słowa przestrogi jakie do nich często kieruję nie tylko ja. Wtedy przepraszam Boga za tę moją złość z miłości. Kocham ludzi i nie chcę ich zguby, chciałabym ratować ich wszystkich przed nimi samymi głównie, ponieważ, chociaż tego nie rozumieją, to jednak wszystko co ich spotyka zawdzięczają tylko sobie, swoim dobrym bądź złym wyborom.
Starzec z mojego snu to symbol mądrości, a więc miałam we śnie odwiedziny Wszechwiedzącego. Zapowiedział, że pora już na przyspieszenie wydarzeń i skrócenie danego nam czasu. Gdy to nie nastąpi, to nikt ze współczesnych nie ocaleje, nikt nie wyjdzie cało z wielkiego ucisku, którego początku jesteśmy dzisiaj świadkami. I przeszył mnie niesamowity smutek i żal, ponieważ dotarło do mnie, że już nic nie da się zrobić dla tych wszystkich ludzi zwiedzionych atrakcyjnością diabelskiej rzeki ze śmiercionośnym jej prądem, wchodzących do niej beztrosko aby popływać w niej trochę. Oni nie chcą przyjąć do wiadomości tego, że gdy do niej wejdą, to już nie ma dla nich odwrotu. Nie chcą skorzystać z mostku, na którym stoję, z mostku, który jest ratunkiem, daje możliwość przejścia na drugą stronę rzeki zatracenia, chociaż sprawiającej wrażenie bezpiecznej i ponętnej, pełnej życia, bo tak wielu do niej wchodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz