Kto właściwie walczył o tą "prawdziwą" demokrację w Polsce?
Prawdziwą? Hmm!? Na pewno nie byli to robotnicy, którzy w latach 80-tych, w naszym kraju wyszli na ulice. Im nie chodziło o taką „prawdziwą” demokrację jaką teraz mamy w naszym Kraju, która sprawiła, że ci walczący o lepsze jutro, obalający komunę robotnicy stali się ofiarami "własnej" rewolucji. Stali się dzisiaj w ogromnej większości bezrobotnymi nędzarzami najmującymi się do byle jakiej pracy na byle jakich, śmieciowych umowach by nie poumierać z głodu, albo ich dzieci zmuszone są do opuszczenia swojej Ojczyzny w poszukiwaniu chleba. Przecież tak naprawdę to w PRL-u żyło im się lepiej. Opieka zdrowia była za darmo i była też prywatna - jak kto wolał, za leki płacili tylko 30% ich wartości, jeździli na wczasy z zakładów pracy, a dzieci na kolonie, po przepracowanych latach odchodzili na zasłużoną emeryturę, a przede wszystkim mieli pracę. Dzisiaj mogą sobie tylko o tym wszystkim pomarzyć. Ciekawe komu to przeszkadzało?
W moim pojęciu jeżeli się już przeprowadza rewolucję to chyba po to by było człowiekowi lepiej a nie gorzej? Czy samą tylko wolnością można się najeść? Czy w ogóle można mówić o wolności w czasach gdzie wszystko jest monitorowane i podlega totalnej inwigilacji? Czy demokracja ogranicza się tylko do wyborów, kolorowych pochodów wszelkiej maści mnożących się jak grzyby po deszczu odmieńców? A gdzie w tym wszystkim jest miejsce na normalność? Na zwyczajne życie? Czyżby ono miało być nieosiągalne w tym tak bardzo oczekiwanym demokratycznym świecie? A może ta demokracja ma być tylko dla mniejszości, a większość ma wsadzić mordeczki w kubeł i nic nie mówić, ma udawać zadowolonych, bo inaczej zostanie oskarżona o sympatię do minionego systemu i nazwana komuchami, których przecież obalili by mieć się lepiej. Mam wrażenie, że ktoś tu kogoś oszukał i to bardzo.
Poza tym ja osobiście uważam, że demokracja nie jest ustrojem, ale raczej narzędziem potrzebnym do osiągnięcia takiego ustroju jakim dzisiaj jest kapitalizm wolnorynkowy w zglobalizowanym świecie. Bez wmówienia całym społeczeństwom potrzeby demokratycznej wolności byłoby to niemożliwe do osiągnięcia. Tak mi się wydaje. Patrząc na perspektywy stojące dzisiaj przed ludźmi młodymi, a raczej ich brak zastanawiam się nad jednym - co właściwie oznacza globalizacja? Czy aby nie jest to monopol, z którym ponoć walczyliśmy pod koniec XX wieku w naszym Kraju i nie tylko? Jeżeli tak, jeżeli się nie mylę, to muszę niestety stwierdzić, że nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu jesteśmy tam gdzie byliśmy, tylko spod deszczu wpadliśmy chyba pod rynnę, bo zamiast lepiej jest tylko coraz gorzej.
Prawdziwą? Hmm!? Na pewno nie byli to robotnicy, którzy w latach 80-tych, w naszym kraju wyszli na ulice. Im nie chodziło o taką „prawdziwą” demokrację jaką teraz mamy w naszym Kraju, która sprawiła, że ci walczący o lepsze jutro, obalający komunę robotnicy stali się ofiarami "własnej" rewolucji. Stali się dzisiaj w ogromnej większości bezrobotnymi nędzarzami najmującymi się do byle jakiej pracy na byle jakich, śmieciowych umowach by nie poumierać z głodu, albo ich dzieci zmuszone są do opuszczenia swojej Ojczyzny w poszukiwaniu chleba. Przecież tak naprawdę to w PRL-u żyło im się lepiej. Opieka zdrowia była za darmo i była też prywatna - jak kto wolał, za leki płacili tylko 30% ich wartości, jeździli na wczasy z zakładów pracy, a dzieci na kolonie, po przepracowanych latach odchodzili na zasłużoną emeryturę, a przede wszystkim mieli pracę. Dzisiaj mogą sobie tylko o tym wszystkim pomarzyć. Ciekawe komu to przeszkadzało?
W moim pojęciu jeżeli się już przeprowadza rewolucję to chyba po to by było człowiekowi lepiej a nie gorzej? Czy samą tylko wolnością można się najeść? Czy w ogóle można mówić o wolności w czasach gdzie wszystko jest monitorowane i podlega totalnej inwigilacji? Czy demokracja ogranicza się tylko do wyborów, kolorowych pochodów wszelkiej maści mnożących się jak grzyby po deszczu odmieńców? A gdzie w tym wszystkim jest miejsce na normalność? Na zwyczajne życie? Czyżby ono miało być nieosiągalne w tym tak bardzo oczekiwanym demokratycznym świecie? A może ta demokracja ma być tylko dla mniejszości, a większość ma wsadzić mordeczki w kubeł i nic nie mówić, ma udawać zadowolonych, bo inaczej zostanie oskarżona o sympatię do minionego systemu i nazwana komuchami, których przecież obalili by mieć się lepiej. Mam wrażenie, że ktoś tu kogoś oszukał i to bardzo.
Poza tym ja osobiście uważam, że demokracja nie jest ustrojem, ale raczej narzędziem potrzebnym do osiągnięcia takiego ustroju jakim dzisiaj jest kapitalizm wolnorynkowy w zglobalizowanym świecie. Bez wmówienia całym społeczeństwom potrzeby demokratycznej wolności byłoby to niemożliwe do osiągnięcia. Tak mi się wydaje. Patrząc na perspektywy stojące dzisiaj przed ludźmi młodymi, a raczej ich brak zastanawiam się nad jednym - co właściwie oznacza globalizacja? Czy aby nie jest to monopol, z którym ponoć walczyliśmy pod koniec XX wieku w naszym Kraju i nie tylko? Jeżeli tak, jeżeli się nie mylę, to muszę niestety stwierdzić, że nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu jesteśmy tam gdzie byliśmy, tylko spod deszczu wpadliśmy chyba pod rynnę, bo zamiast lepiej jest tylko coraz gorzej.
Ja mam watliwosci czy gdzie kolwiek jaest prawdzia demokratcja.
OdpowiedzUsuń